Mira Killian jest jedyna w swoim rodzaju. Po raz pierwszy ludzki, zcyborgizowany mózg został zintegrowany z całkowicie robotycznym ciałem. Major pracuje w specjalnym oddziale policji do zadań specjalnych i właśnie takie zadanie stanie się jej wyzwaniem. W świecie wszechpotężnych korporacji o dwuznacznej moralności, dążących do powiększania swoich wpływów, jedna z nich posuwa się krok dalej. Sprzedając nowoczesne implanty, równocześnie za ich pomocą manipuluje wspomnieniami, starając się zdobyć niekwestionowaną władzę nad rzędami dusz. Na drodze tego diabolicznego planu staje anonimowy hacker, który stanie się przedmiotem śledztwa Sekcji 9 i major Killian we własnej osobie. Jednak jak to bywa w tego typu historiach, im głębiej w las tym bardziej tracimy orientację, jasny dotąd cel wydaje się zacierać i ostatecznie nic nie jest tym czym się wydaje.
Amerykańska wersja Ghost in The Shell różni się od oryginału. Reżyser- Rupert Sanders, jak było to do przewidzenia, japoński punkt widzenia świata i wrażliwość spycha na bok, zastępując ją zachodnioeuropejskim kodem kulturowym. Robi to również w sferze fabularnej, miksując wątki oryginalnego anime z późniejszymi spin offami, rezygnując ze znanego motywu „Władcy Marionetek”- budzącej się do życia sztucznej inteligencji wyrywającej się do niezależności i zacierającej granice między człowieczeństwem, a sztucznym tworem. Tu zastępuje go hacker w stylu Robin Hooda walczący z korporacyjnym spiskiem. Sanders celowo unika wątku, który stał w centrum fabuły oryginału determinując jego filozoficzny wydźwięk. Opowiada tę historię „po naszemu” na zachodnią modłę, redefiniując problematykę „Ducha w skorupie” i pytania w niej zawarte do podstawowych zagadnień co w efekcie spycha ją na margines. Niestety przez to scenariusz traci sporo z nieuchwytnej głębi oryginału, stosując sporo uproszczeń, a także w zbyt oczywisty sposób podsuwając podpowiedzi nie zostawiając zbyt wiele wyobraźni widzów. Dosłowność ta, choć być może sprawdza się w amerykańskich receptach filmowych, mnie jako zagorzałego fana „Ghost in the Shell”, raziła.
W sferze wizualnej jednak, „Ghost in the Shell” Sandersa to prawdziwa uczta. Metropolia przyszłości , w której osadzona jest akcja filmu, swoim rozmachem i barwnością równa poziomem do niedoścignionego w tej kwestii „Łowcy Androidów” Ridley’a Scotta. W przeciwieństwie do ponurego świata znanego nam z anime, tutaj futurystyczna architektura oraz struktura miejska dosłownie atakuje nas z ekranów kaskadą świateł i reklam rodem z „Powrotu do Przyszłości”. Film nie zawodzi także pod względem efektów specjalnych oraz kaskaderskich wyczynów, w myśl nowej mody hollywoodzkiej sztuki filmowej, by tam gdzie się da nie wyręczać się CGI ( wspaniałe efekty dało to w Mad Max: Fury Road”). No, ale biorąc pod uwagę że to film o świecie gdzie bogów wyparła technologia, trudno nie spodziewać się lawiny efektów specjalnych podkreślających tą prawdę na każdym kroku.
Jako fanatyczny wręcz fan anime Oshiego i komiksu Shirowa, czuję jednak po seansie pewien niedosyt. To co urzekło mnie w oryginale to odważnie stawiane pytanie o kondycję człowieka w świecie gdzie granice biologii i technologii zostały dawno obalone. Metafizyczne pytanie o definicję duszy (zawarte przecież w samym tytule: „Ghost in the Shell”- „Duch w skorupie”) w amerykańskiej wersji zostało spłycone i zamiast osią fabuły stało się poniekąd jej tłem. Mimo to, gdybyśmy nigdy oryginału nie widzieli, film z całą pewnością się broni i jest jedną z najciekawszych propozycji gatunku science- fiction ostatnich lat. Niestety nie jest już ta intrygującą, filozoficzną opowieścią, w której zakochałem się wiele lat temu, ale raczej poprawnym kinem akcji osadzonym w świecie przyszłości. Już teraz krążą plotki, jakoby wytwórnie filmowe odpowiedzialne za film Sandersa, planowały uczynić z niego całe uniwersum, co świadczy o chęci nakręcenia kontynuacji. Jeśli to prawda, to mam szczerą nadzieję, że to czego brakowało mi w tej wersji, wypłynie w kolejnych częściach i że „Duch” naprawdę wyrwie się ze „skorupy”, bo jak na razie tkwi w niej bardzo głęboko.
Amerykańska wersja Ghost in The Shell różni się od oryginału. Reżyser- Rupert Sanders, jak było to do przewidzenia, japoński punkt widzenia świata i wrażliwość spycha na bok, zastępując ją zachodnioeuropejskim kodem kulturowym. Robi to również w sferze fabularnej, miksując wątki oryginalnego anime z późniejszymi spin offami, rezygnując ze znanego motywu „Władcy Marionetek”- budzącej się do życia sztucznej inteligencji wyrywającej się do niezależności i zacierającej granice między człowieczeństwem, a sztucznym tworem. Tu zastępuje go hacker w stylu Robin Hooda walczący z korporacyjnym spiskiem. Sanders celowo unika wątku, który stał w centrum fabuły oryginału determinując jego filozoficzny wydźwięk. Opowiada tę historię „po naszemu” na zachodnią modłę, redefiniując problematykę „Ducha w skorupie” i pytania w niej zawarte do podstawowych zagadnień co w efekcie spycha ją na margines. Niestety przez to scenariusz traci sporo z nieuchwytnej głębi oryginału, stosując sporo uproszczeń, a także w zbyt oczywisty sposób podsuwając podpowiedzi nie zostawiając zbyt wiele wyobraźni widzów. Dosłowność ta, choć być może sprawdza się w amerykańskich receptach filmowych, mnie jako zagorzałego fana „Ghost in the Shell”, raziła.
W sferze wizualnej jednak, „Ghost in the Shell” Sandersa to prawdziwa uczta. Metropolia przyszłości , w której osadzona jest akcja filmu, swoim rozmachem i barwnością równa poziomem do niedoścignionego w tej kwestii „Łowcy Androidów” Ridley’a Scotta. W przeciwieństwie do ponurego świata znanego nam z anime, tutaj futurystyczna architektura oraz struktura miejska dosłownie atakuje nas z ekranów kaskadą świateł i reklam rodem z „Powrotu do Przyszłości”. Film nie zawodzi także pod względem efektów specjalnych oraz kaskaderskich wyczynów, w myśl nowej mody hollywoodzkiej sztuki filmowej, by tam gdzie się da nie wyręczać się CGI ( wspaniałe efekty dało to w Mad Max: Fury Road”). No, ale biorąc pod uwagę że to film o świecie gdzie bogów wyparła technologia, trudno nie spodziewać się lawiny efektów specjalnych podkreślających tą prawdę na każdym kroku.
Jako fanatyczny wręcz fan anime Oshiego i komiksu Shirowa, czuję jednak po seansie pewien niedosyt. To co urzekło mnie w oryginale to odważnie stawiane pytanie o kondycję człowieka w świecie gdzie granice biologii i technologii zostały dawno obalone. Metafizyczne pytanie o definicję duszy (zawarte przecież w samym tytule: „Ghost in the Shell”- „Duch w skorupie”) w amerykańskiej wersji zostało spłycone i zamiast osią fabuły stało się poniekąd jej tłem. Mimo to, gdybyśmy nigdy oryginału nie widzieli, film z całą pewnością się broni i jest jedną z najciekawszych propozycji gatunku science- fiction ostatnich lat. Niestety nie jest już ta intrygującą, filozoficzną opowieścią, w której zakochałem się wiele lat temu, ale raczej poprawnym kinem akcji osadzonym w świecie przyszłości. Już teraz krążą plotki, jakoby wytwórnie filmowe odpowiedzialne za film Sandersa, planowały uczynić z niego całe uniwersum, co świadczy o chęci nakręcenia kontynuacji. Jeśli to prawda, to mam szczerą nadzieję, że to czego brakowało mi w tej wersji, wypłynie w kolejnych częściach i że „Duch” naprawdę wyrwie się ze „skorupy”, bo jak na razie tkwi w niej bardzo głęboko.












