Dziś jest sobota, 31 lipca 2010. Imieniny: Ignacego i Heleny.
Spotkanie z homo taternicus
01.11.2009 Autor: Historia ta osnuta została na kanwie prawdziwych wydarzeń. Ludzie, którzy byli jej świadkami żyją po dziśdzień... Zdarzenia opisane poniżej wspominają z dreszczem niepokoju... Znam to uczucie, bo byłem tam i
widziałem rzeczy, które innych ludzi prześladować mogą jedynie w sennych koszmarach...
Pragnę dać świadectwo przerażającej historii, dla której sceną stały się nasze piękne góry.
Kładąc się tego wieczora do łóżka nie miałem pojęcia, co czeka mnie następnego dnia. Właśnie mijał czwarty
dzień naszego pobytu w Tatrach. Wyprawę tę planowaliśmy do dawna. Pogoda dopisała, więc pod koniec
kwietnia 2002 roku ja i moja narzeczona Asia zameldowaliśmy się w naszej kwaterze w Kościelisku. Pokój z
balkonem, w domu na zboczu Gubałówki zapewniał nam zawsze fantastyczne widoki na Giewont i masyw
Czerwonych Wierchów. Wielokrotnie obserwowaliśmy je przebudzone o brzasku lub szykujące się do snu w
ciepłych promieniach chylącego się ku zachodowi słońca. Leżąc w łóżku zastanawiałem się długo, dokąd
wyruszyć następnego dnia. Sen spłynął na mnie jak błogosławieństwo...
Rano obudziły nas pierwsze promienie słońca. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Nadal jednak nie
wiedzieliśmy, dokąd wyruszyć. Asi od jakiegoś czasu marzyła się wyprawa na Przełęcz Kondracką.
Opowiadałem jej wiele razy jak to wyszedłem z Kościeliska, przez Dolinę Małej Łąki dotarłem na Przełęcz
Kondracką, potem przeszedłem Czerwone Wierchy i zszedłem do Doliny Kościeliskiej. Jakby tego było mało...
wróciłem do Wojdyłówki piechotą. Od tej pory moja narzeczona pałała chęcią zdobycia przełęczy i
przyjrzenia się z bliska Czerwonym Wierchom i Giewontowi. Pomyśleliśmy, że to może właśnie dzisiaj
powinniśmy wyruszyć w kierunku przełęczy. W grę wchodziło podejście od Doliny Małej Łąki lub Hali
Kondratowej. Zdecydowaliśmy się na drugi wariant. Wszystko wydawało się przygotowane. Zapomnieliśmy
jednak o pewnym istotnym szczególe. Był to 2 maja, drugi dzień tak zwanego "długiego weekendu"...
Koszmar zaczął się na postoju busów pod dworcem PKS z Zakopanem. Przedstawiciele gatunku homo
taternicus tłoczyli się bezładnie wokół zapchanych do ostatniego miejsca busów, busików i autobusów.
Gdyby zakołował tam, wtedy "Boeing 747" to na pewno znaleźliby się chętni na lot do Kuźnic czy Morskiego
Oka. Turystyczna gawiedź, mając w nosie przykazania o miłowaniu bliźnich, przepychała się i tratowała w
drodze do wolnych jeszcze środków transportu. Jakimś cudem, zajęliśmy miejsca w busie jadącym do
Kuźnic, okupiwszy to jedynie nielicznymi obrażeniami ciała.
Niestety na miejscu nie było wcale lepiej... Do kolejki na Kasprowy Wierch stał ogonek na mniej więcej 250
metrów! Busy dowoziły kolejnych amatorów górskich wypraw. Nie zważały przy tym na wałęsających się po
drodze, osłupiałych z wrażenia, zdrowych psychicznie turystów, których kłębiący się tłum ubranych w trampki osobników przyprawiał o myśli samobójcze. Kończyło się to tym, że raz po raz rozbrzmiewał gwałtownie klakson przywracając do rzeczywistości owych, zdesperowanych i zrozpaczonych ludzi. My byliśmy jednymi z takich ludzi... Co gorsze, ciżba ta pchała się tłumnie w stronę, w którą i my powinniśmy
iść. Nie wróżyło nam to nic dobrego. Jednak były także plusy tej sytuacji. Mogliśmy na przykład podziwiać
stroje, w które zgodnie z kanonami górskiej mody przyoblekli swoje ciała. Towarzystwo to kroczyło dumnie
na spotkanie z górskim szlakiem we wszystkich rodzajach tenisówek, klapek i sandałów, jakie kiedykolwiek
widziałem. Prawie każdy dowódca wyprawy dzierżył w dłoni reklamówkę z zapasami żywności (w postaci
ciastek i batoników) i napojów (koniecznie czegoś z dużą ilością bąbelków) . Przyznam się, iż pałałem
nadzieją, że większość z homo taternicusów podejmie próbę wejścia jedynie na niedostępną i mocno
eksponowaną Polanę Kalatówki. Byłem przekonany, że dotarcie na Halę Kondratową w narastającym z każdą
minutą upale będzie dla tej tłuszczy po prostu niemożliwe. Czas miał jednak pokazać jak bardzo się myliłem.
Tłum brzuchatych wąsaczy uzbrojonych w ciupagi zakupione na Krupówkach parł nieustannie w stronę
wysokich gór. Za nimi dreptały ich połowice stukając obcasami o kamienną "ceprostardę". Niektóre potykały
się o nierówności szlaku nie dostrzegając ich po prostu zza różnokolorowych szkieł okularów
przeciwsłonecznych. Roznegliżowani panowie wabili swoimi, pofałdowanymi i spoconymi "wdziękami"
wszelkie żyjące w okolicy muchy. Potomstwo pofałdowanych biegało wkoło z krzykiem na ustach ciskając w
ludzi kamieniami. Po chwili barwny tłum homo taternicusów ustawiał się grzecznie w kolejce, aby nabyć w
drodze kupna bilet wstępu do TPN. Gdy już dopełnił formalności ruszał ze śpiewem na ustach, aby burzyć
odwieczną harmonię gór.
A po środku tego piekła My! Ja i moja narzeczona, której obiecałem spokojne i sielskie wyprawy w nasze
piękne góry. Miały one ukoić jej serce i pozwolić odpocząć od chaosu miasta. Zakochani w sobie i w górach
ludzie, którzy chociaż na chwilę chcieli uciec od tłumów i tego, co niesie ze sobą cywilizacja. Co zamiast tego
dostaliśmy? Tupot tysięcy nóg, wrzaski dzieciarni i widok nieprzebranego, kolorowego tłumu nie mającego za
grosz szacunku dla gór i pojęcia o tym, co to jest górska wyprawa. Szli jak po deptaku na Krupówkach
psując powietrze i pocąc się ponad miarę. Nigdy nie widziałem czegoś straszniejszego i nigdy zobaczyć już
nie chcę. Ja jednak wciąż uważałem, że ta koszmarna banda maruderów zmierza tylko i wyłącznie na piwko i
golonkę do hotelu na Kalatówkach. Tym też pocieszałem Asię. Ruszyliśmy dziarsko przed siebie. Zaprawieni
wyprawami z poprzednich dni narzuciliśmy forsowne tempo marszu. Gawiedź, omamiona najwyraźniej
łatwością szlaku, również drałowała nad wyraz sprawnie. Do czasu jednak. W pewnym momencie pojąłem,
że moje przewidywania mogą się sprawdzić. Zupełnie nieprzystosowani do długiego marszu homo taternicusi
coraz częściej przysiadali przy szlaku. Raz po raz spoglądały z cienia w naszą stronę rozpalone oczy
wykończonych upałem "kozaków". Ceperskie ciała zalegały przydrożne rowy i krzaki, błagając
spierzchniętymi wargi o coś do picia. Większość z nich zdążyła wytrąbić już cały zapas swoich słodkich
napojów i teraz rozglądała się rozpaczliwie za choćby kropelką wody. Może powiecie, że jestem okrutny, ale
widok tego motłochu więdnącego z pragnienia sprawił mi mnóstwo satysfakcji. My mieliśmy z sobą butelkę
wody mineralnej i nieodłączny termos wypełniony herbatą z cytryną. Nie miałem jednak najmniejszego
zamiaru dzielić się tymi zapasami z przedstawicielami tej tłuszczy, których zdążyłem już znienawidzić.
Niestety, mimo wielu przypadków "zgonów z pragnienia", tłum nie malał. W końcu pośród jęków, narzekań i
złorzeczeń dotarliśmy na Kalatówki. Tam zastaliśmy widok, który nie był dla nas zaskoczeniem. Wykończone
upałem i marszem towarzystwo rozłożyło swoje wielorybie ciała na trawce przed hotelem. Ten rozłożony na
ręczniku wystawiał swoje wątpliwe wdzięki na działanie promieni słonecznych. Ów pochrapywał głośno za
nic mając otaczające go, piękne widoki. Widok ten nie tylko nie poprawił nam humoru, a wręcz przeciwnie -
zepsuł apetyt.
Zgodnie postanowiliśmy odłożyć odpoczynek na później i bez zwłoki ruszyliśmy w stronę Hali Kondratowej.
Po drodze nie stało się nic niezwykłego poza tym, że słyszeliśmy mnóstwo zdań typu: "Czy to k... nie ma
końca!" lub "Nie idźmy tak szybko bo za szybko dojdziemy...". Pierwsze z nich padło z ust osobnika, którego
stopy przyoblekały gustowne adidasy, a który zapamiętale wdrapywał się po stromym, zalodzonym
fragmencie szlaku. Zapytacie skąd lód? W maju, w lasach i na północnej stronie stoków leży jeszcze
mnóstwo śniegu. W wielu miejscach, tak jak właśnie na szlaku z Kalatówek na Halę Kondratową spod śniegu
wyłażą płaty lodu. Tak jest chyba na wszystkich, mocno uczęszczanych trasach w górach. Gawiedź
uprawiająca spacerek w sandałach i trampkach na takich odcinkach miała mnóstwo kłopotów. Jeżeli na
dodatek szlak wznosił się to naprawdę nie było im łatwo. Zamiast raków używali własnych zębów... Muszę
przyznać, że niektórzy z nich zasłużyli na słowa uznania, ze względu na determinację i odwagę, jaką
wykazywali. Nam tak naprawdę też nie było łatwo. Buty na sztywnym wibramie też skore były do poślizgu.
Mimo wszystko poradziliśmy sobie sprawniej niż inni.
Po jakimś czasie wkroczyliśmy na Halę Kondratową. Pierwsze, co poczuliśmy to silne uderzenia wiatru.
Wydawało się, że chce powiedzieć nam żebyśmy wracali, gdyż wiał nam wprost w twarz. Podmuchy były
jednak wyjątkowo ciepłe. Halny, no to chyba mamy z głowy przełęcz - pomyślałem. Za chwilę naszą uwagę
przykuło jednak coś innego. Przy małym schronisku kłębiło się mnóstwo turystów. Szlak ten jest bardzo
popularny. Wiedzie tędy przecież dość wygodna i bezpieczna droga na Przełęcz Kondracką, a potem na
Czerwone Wierchy lub Giewont. Ten ostatni, jak chyba wiecie jest celem licznych pielgrzymek. Wyruszają na
nie często ludzie całkiem nieprzygotowani, często tacy, którzy w Tatrach są dopiero pierwszy raz. Nie
przeczę, czasami prowadzą ich ludzie rozważni i odpowiedzialni, często jednak tak nie jest.
Wracając jednak do naszej wyprawy, kilku młodzików buszowało na tyłach schroniska jakby czegoś
wypatrując w zaroślach. Okazało się, że była to grupa specjalna, mająca za zadanie wytropić jelenia, którego
ponoć widziano tam przed chwilą, a który salwował się ucieczką w stronę wspomnianych zarośli. Zacząłem
zastanawiać się, co by było gdyby potężne zwierzę wypadło na swych prześladowców i postanowiło stanąć
do walki o swoją wolność. Podejrzewałem, że finał tej sprawy byłby taki, że chłopaki musieliby zmieniać
gacie a jeleń uciekłby w góry. Nie przekonałem się jednak o tym. Najwyraźniej zwierzę miało wyższy
współczynnik inteligencji od członków grupy pościgowej i postanowiło uniknąć konfrontacji.
Jak pamiętacie wyznaczyliśmy sobie halę na popas. Znaleźliśmy jeden głaz, trochę powyżej schroniska, który
nie był przez nikogo okupywany i rozbiliśmy obóz. Przez "rozbiliśmy obóz" rozumiem tutaj wyciągnięcie
dwóch kawałków pociętej karimaty, na których zasiedliśmy. Wyciągnęliśmy suchy prowiant, termos z ciepłą
herbatą i rozpoczęliśmy ucztę. Opodal, pod smreczkiem ucztowały także dwie siostry zakonne. Wydawały mi
się rozsądne i zrównoważone. Przyjąłem, że na pewno nie idą na nigdzie wyżej i tylko przyszły na halę, żeby
kontemplować przyrodę i być bliżej natury. Byłem przekonany, że pośród rozwrzeszczanego i
podekscytowanego tłumu homo taternicusów nie zaznają tutaj spokoju i wkrótce ruszą z powrotem. Chcąc
zaistnieć jako mistrz dedukcji wyłożyłem swoją koncepcję (na temat rozsądku zakonnic) mojej Asi. Po chwili
jednak siostry wstały i ruszyły w stronę szlaku. Siłą rzeczy musiały przejść obok nas. Usłyszałem tylko "A jak już zejdziemy z Giewontu...". Moja błyskotliwa dedukcja po tych słowach okazała się kupą gnoju. W duszy
powiedziałem sobie "Zakonnice, nie zakonnice - pan Bucek poskąpił rozumu...". Kończyliśmy właśnie
ucztować, gdy dotarło do nas, że odkąd tutaj siedzimy, w stronę Przełęczy Kondrackiej ciągle ktoś idzie.
Momentami szły całe grupy. Zaświtała mi myśl o ucieczce do Kuźnic...
Postanowiliśmy jednak podejść kawałek w stronę przełęczy i sprawdzić jak tam wygląda sytuacja. Na całym
przebytym odcinku było tak samo. Topniejący, skrywający zdradziecki lód śnieg, tłumy turystów i na dodatek
bardzo silny wiatr. Wiało od grani wprost na halę. Szliśmy cały czas z dużym wysiłkiem. Mimo, że podmuchy
halnego były ciepłe, zaczynało się nam robić chłodno. To chyba pod wpływem stresu i zmęczenia. O dziwo
minęła nas wtedy mocna grupa trampkowiczów, pnąc się odważnie w stronę przełęczy. Czereda ta, ubrana
jedynie w krótkie koszulki i spodenki maszerowała niemalże ze śpiewem na ustach. Na dodatek obrzucali się
pigułami śniegu, krzycząc coraz "Więcej śniegu! Dajcie nam więcej śniegu!". Osłupiałem. Poczułem, że coś
we mnie pęka. Miarka się przebrała. Pora wracać - powiedziałem. Asia zgodziła się ze mną. Chyba myślała o
tym samym. Rozpoczęliśmy odwrót...
Wyglądaliśmy jak zawodowcy. Dobre kurtki, buty, spodnie, plecaki, ochraniacze... Wszyscy, którzy nas mijali
patrzyli na nas z zazdrością. Niektórzy, choć niektórym pewnie wydawało się to oczywiste, pytali nieśmiałe
"Wracacie ze szczytu?". Kiedy dowiadywali się, że zrejterowaliśmy spod przełęczy, bo nie podoba nam się
wiatr i tłum ludzi, patrzyli na nas ze zdumieniem. No tak. Przecież oni przybyli tutaj by zdobyć Giewont.
Głupio się przyznawać, ale ja jeszcze na Giewoncie nie byłem. Wielu nie rozumie, że nie lubię stać w ogonku
ludzi, żeby móc wejść na łańcuch. Nie rozumieją mojego strachu, że jakiś wystraszony naturszczyk puści się
tego łańcucha, złapie się za to mnie i poleci w przepaść... Pośród wielu trudności związanych z wymijaniem
gawiedzi na szlaku zeszliśmy do Kuźnic.
Ale to nie koniec opowieści. Może trudno to pojąć, ale my nie mieliśmy jeszcze dosyć. Postanowiliśmy
zgodnie, że jeszcze mamy sporo czasu i trzeba obejrzeć Giewont z... drugiej strony. Naszym celem stała się
teraz Dolina Małej Łąki i Wielka Polana. Tam już nie było tłoku. Był spokój. Usiedliśmy na Wielkiej Polanie.
Patrzyliśmy na góry. Nikt po nas nie deptał, nikt nie krzyczał. Było cichutko i pięknie. Można by rzec sielski koniec upiornego dnia. Zapomnieliśmy o torturach związanych z wyprawą na Halę Kondratową. Słońce było coraz niżej. Siodłowa Turnia, pięknie z tej strony wyeksponowana zaczęła kąpać się w jego pomarańczowych promieniach. Zbliżał się koniec kolejnego dnia na szlaku. "Tutaj jest piękne, ale musimy już wracać" - powiedziałem do Asi...
Tekst: Przemek Czuba
Zobacz również
Zaloguj się, aby komentować










