Z karawaką w herbie
29.04.2008 Autor: Agnieszka Markiton

Spójrzcie, proszę, na herb Słowacji: centralną część zajmuje nietypowej postaci krzyż o dwóch poprzecznych belkach, z których górna jest nieco krótsza od dolnej. Godło to umieszczone jest także na fladze Republiki Słowackiej. Nawet niezbyt uważny czytelnik ze zdziwieniem być może zobaczy identyczny symbol w pierwszym, najważniejszym według zasad heraldyki polu herbu Województwa Świętokrzyskiego. Identyczna jest nie tylko forma, ale także stylistyka, a nawet proporcje wymiarowe poszczególnych jego elementów.

Rozwiń
Pod panowaniem Wielkiej Morawy
Tak daleko idąca zbieżność nie może być przypadkowa – wskazuje raczej na to, że symbole naszego regionu i leżącego za Tatrami, sąsiedniego kraju mogą pochodzić z tego samego źródła. Spróbujmy pójść tym tropem i poszukać tego niewidocznego na pierwszy rzut oka związku. Może to być temat na kolejną, bardzo interesującą opowieść.
W wyobrażeniach większości Polaków, chyba nawet w opinii prawie wszystkich mieszkańców naszego kontynentu, Słowacy są narodem cichym, niekonfliktowym, który bez wywoływania jakichkolwiek zadrażnień z sąsiadami egzystował na terenach przydzielonych mu przez Boga i historię, troszcząc się wyłącznie o zapewnienie sobie możliwie przyzwoitych warunków bytu. A jednak to kolejny dowód na to, jak bardzo mylące są tzw. opinie powszechne! W rzeczywistości Słowacy zupełnie dobrze potrafili dać się we znaki swoim sąsiadom i to w czasach, kiedy większości istniejących obecnie krajów, w tym również Polski, nie było jeszcze na mapie.
A zaczęło się wszystko w VII w. w okolicy dzisiejszego miasta Nitra, kiedy to przybyły tu w zupełnie innym celu kupiec frankoński Samo zamiast, jak zamierzał, sprzedawać miejscowym, atakowanym przez Awarów Słowianom broń, zrobił z niej lepszy użytek – uzbroił swych niedoszłych klientów, stanął na ich czele i pokonał napastników, wypierając ich daleko za Dunaj. Nic dziwnego, że został wybrany na władcę i w krótkim czasie zdołał podporządkować sobie miejscowe plemiona tworząc silny i dobrze zorganizowany organizm państwowy. Sarno panował 35 lat, państwo jego obejmowało obszar na obu brzegach Dunaju i Morawy w okolicach dzisiejszej Bratysławy i Nitry, a funkcjonowało tak sprawnie, że skutecznie odpierało najazdy największych ówczesnych potęg – Awarów ze wschodu i Franków z zachodu. Przekonał się o tym jeden z najpotężniejszych władców tamtych czasów król - frankoński Dagobert, który poniósł w wojnie ze Słowianami sromotną klęskę pod Wogastyzburgiem. Po śmierci Samo Awarowie wyparli wprawdzie Słowian za Dunaj, ale księstwo ze stolicą w Nitrze zdołało utrzymać swą suwerenność.
Pierwszym słowackim władcą, jakiego odnotowały kroniki, był Pribin (lub Prybina), który ok. roku 830 odbudował na tym obszarze organizację państwową, w krótkim czasie podporządkowując sobie znaczne obszary sąsiadujące z podupadłym księstwem. W tym czasie arcybiskup Salzburga Adalram dokonał w Nitrze konsekracji pierwszego kościoła. Tym samym to właśnie Słowacja była pierwszym zachodniosłowiańskim krajem, który przyjął chrześcijaństwo!
Tymczasem jednak przewrotna historia już przygotowywała kolejną niespodziankę: na terenach położonych nieco bardziej na zachód, a sąsiadujących z państwem rządzonym przez następców Karola Wielkiego, niejaki Mojmir rozpoczął tworzenie państwa, które wkrótce miało stać się najpotężniejszym imperium środkowej Europy – księstwa Wielkomorawskiego zwanego też Wielką Morawą. Oczywiście w pierwszej kolejności musiał on usunąć z drogi najbliższych sąsiadów i w 836 roku zajął Nitrę, która jednak aż do 861 r. zdołała zachować pewną autonomię, zanim została całkowicie wchłonięta przez silniejszego sąsiada. W tym czasie jednak w państwie Wielkomorawskim panował już bratanek Mojmira – Rościsław. Pomińmy może w naszej opowieści sposób, w jaki doszedł do władzy, bo chwały mu on raczej nie przysparza, niemniej jednak okazał się Rościsław władcą prężnym i niezwykle sprawnym. Podczas jego panowania Wielka Morawa stała się krajem zaliczanym do ścisłej czołówki krajów Europy środkowej.
Szczególną wagę musiał mieć dla władcy problem uniezależnienia się od dominacji niemieckiej, gdyż w 862 r. zwrócił się on z prośbą do panującego w Konstantynopolu cesarza Michała III o stworzenie w jego kraju misji chrystianizacyjnej związanej z Bizancjum. Cesarz, który chętnie korzystał z okazji, aby rozszerzać swoje wpływy gdzie się tylko da, niezwłocznie wysłał do Rościsława dwóch misjonarzy, którzy mieli się w przyszłości stać patronami całej Europy. Nosili oni imiona Konstantyn i Michał, ale nie pod takimi imionami przeszli do historii. Znamy ich dziś jako braci z Salonik – Cyryla i Metodego. Przyjeżdżając na Morawy znali już język Słowian, co było najważniejszym chyba powodem powierzenia im tej misji. Przywieźli ze sobą egzemplarz Biblii w dokonanym przez siebie przekładzie na język starosłowiański oraz nowo stworzony przez Cyryla 40-literowy alfabet – głagolicę, który w kilku krajach przetrwał do dziś w nieco tylko uproszczonej formie zwanej cyrylicą.
Jak łatwo się domyślić nie mieli oni tu łatwego życia. Tracący swe wpływy duchowni frankońscy i niemieccy tak skutecznie im je utrudniali, że po kilku latach musieli oni udać się do Rzymu, aby uzyskać od papieża potwierdzenie ważności swojej misji. I udało im się tego dokonać! Papież Hadrian II uznał celowość nauczania zasad wiary w języku miejscowym i udzielił im odpowiednich pełnomocnictw. Niestety sterany dotychczasowymi trudami Cyryl nie był już zdolny do dalszej działalności, pozostał w Rzymie i dokonał pracowitego żywota w jednym z klasztorów rzymskich, natomiast jego brat wrócił na Morawy i zabrał się do pracy. Niestety wkrótce później Rościsław został usunięty przez kolejnego władcę - Świętopełka, któremu (skąd my to znamy?!!) nie bardzo podobały się porządki wprowadzone przez poprzednika: misjonarz trafił nawet na dwa lata do więzienia. Ale trafiła kosa na kamień: Metody zastosował już wcześniej wypróbowane metody i ponownie udał się po pomoc do Rzymu. I ponownie wygrał! Nowy papież Jan VIII nie tylko spowodował uwolnienie go z więzienia, ale potwierdził wszystkie jego pełnomocnictwa, co umożliwiło dalsze sprawowanie misji. Do śmierci w 885 roku Metody piastował funkcję arcybiskupa Moraw. Tu też w Welehradzie został pochowany.
Świętopełk okazał się jednak władcą nie gorszym od poprzednika. Podczas jego panowania Państwo Wielkomorawskie osiągnęło szczyt swej potęgi. Jego ekspansja objęła nie tylko Czechy i Słowację, ale odzyskane po przejściowej utracie na rzecz Niemców Morawy, a ponadto Łużyce, Śląsk, część Panonii, a także – tak, tak! – niedawno założone przez księcia Wisława państwo Wiślan czyli południową Małopolskę. W ten sposób Słowacja dotarła na Kielecczyznę! Co prawda o Kielcach jeszcze wtedy nikt nie słyszał, ale ostatnie odkrycia archeologów świadczą, że istniała już osada, która miała wkrótce stać się Wiślicą. Wszystko wskazuje na to, że włączenie tych terenów w obręb Wielkiej Morawy poskutkowało ich chrystianizacją przeprowadzoną na prawie sto lat przed oficjalnym chrztem Polski dokonanym przez Mieszka I. Świadczą o tym zachowane fragmenty listu napisanego przez arcybiskupa Metodego do władcy Wiślan, a także pochodzące z tego okresu pozostałości romańskich kościołów pod wezwaniem św. Krzyża na wzgórzu wawelskim i, co dla nas szczególnie ważne, pod wezwaniem św. Mikołaja w Wiślicy. Jednym z ważnych śladów świadczących o wcześniejszym niż w pozostałej części kraju wprowadzeniu chrześcijaństwa, jest niedawno odkryta przez archeologów misa chrzcielna. Zdaniem historyków książę Wiślan przyjął chrzest w roku 880, a więc jeszcze za życia Metodego.
Dalsze losy Księstwa Wielkiej Morawy nie były już tak pomyślne: następcy Świętopełka nie dorównywali swym poprzednikom i nie potrafili zachować ani tym bardziej powiększyć ich dotychczasowych osiągnięć. Widocznie w historii świata wszystko, co szybko powstaje, równie szybko się kończy. Po śmierci Świętopełka w 994 r. kraj najechali Madziarzy, którzy w międzyczasie znacznie się umocnili na zajętych wcześniej terenach. Kilka najazdów wprawdzie udało się odeprzeć, ale kolejne doprowadziły do upadku potężnego niegdyś imperium. Na początku X wieku w 907 r. zajęli oni znaczną część Księstwa Wielkiej Morawy. Z drugiej strony wyrosło państwo czeskich Przemyślidów, które także objęło pewien jej obszar w swoje posiadanie, natomiast ziemie Wiślan włączył do swego nowo tworzonego państwa książę Polan Mieszko.
I tak dobiegł końca okres, w którym Słowacja miała w historii Europy i świata swoje „pięć minut”. Czy dobrze je wykorzystała możecie osądzić sami. W każdym razie już od 1031 r. weszła na stałe w skład Korony św. Stefana, jak nazywa się dziś monarchię węgierską, rządzoną wówczas przez dynastię Arpadów. Przez ponad sto lat na jej terenie toczyły się na przemian wojny władców Węgier, Polski i Czech oraz działania kolonizacyjne. Co było dalej to już temat na dalszą, równie ciekawą opowieść.
Węgierski relikwiarz na Łyścu
Za panowania Bolesława Chrobrego, jak podaje Długosz, w 1006 roku przyjechał do Polski węgierski królewicz Emeryk. Ojcem jego był nie byle kto, bo kanonizowany później pierwszy król Węgier Stefan I.
Wizyta musiała mieć nie tylko oficjalny i uroczysty, ale pewnie i przyjacielski charakter, bo król zadbał o to, aby jego gość nie narzekał na nudne przyjęcie i zorganizował dla niego rozrywkę na najwyższym dostępnym wówczas poziomie – polowanie w dzikich ostępach puszczy otaczającej położony na północ od Krakowa Łysiec Wychowany na bezdrzewnych, naddunajskich stepach młody królewicz stracił jednak orientację w gęstym lesie i oczywiście zabłądził. Nie dały skutku całodzienne poszukiwania wystraszonych nie na żarty współtowarzyszy i uczestników polowania -najważniejszy gość przepadł jak kamień w wodę! Jeśli nawet przyjmiemy, że odpowiedzialni za całość i bezpieczeństwo dostojnego gościa uczestnicy wyprawy mogli w nocy czuć się nieco nieswojo ze względu na łatwą do przewidzenia reakcję króla Bolesława po powrocie na zamek, to jednak nie da się to porównać z tym, co czuł po zapadnięciu zmroku zagubiony w leśnych ostępach nieznanej puszczy młody królewicz Emeryk. Położenie doprawdy nie do pozazdroszczenia!
I któż wie jak potoczyłyby się jego dalsze losy gdyby nie niespodziewana pomoc – na leśnej polanie tracący już resztki nadziei młodzieniec ujrzał nagle okazałego jelenia, który wyraźnie zachęcał go do pójścia za nim. W jego porożu błyszczał złotym blaskiem niezwykły w kształcie krzyż o podwójnych ramionach. Zdumiony Emeryk w jednej chwili zrozumiał całą sytuację – wszak ten sam kształt miał zawieszony na jego piersi złoty relikwiarz z pięcioma cząstkami drzewa Krzyża Świętego, ofiarowany mu przed wyjazdem przez przewidującego ojca. Nie wahając się więc ani przez chwilę, podążył za jeleniem i z jego pomocą bezpiecznie dotarł na szczyt Łyśca, gdzie obozowali nieźle już wystraszeni pozostali uczestnicy polowania. Powiadomiony o pomyślnie mimo wszystko zakończonej przygodzie król Bolesław, natarłszy zapewne uszu komu trzeba, z wdzięczności za cudowne ocalenie swego gościa, ufundował na szczycie Łyśca opactwo i sprowadził tu benedyktynów, zaś sam uratowany ofiarował jako votum swój relikwiarz, który pozostaje tu do dziś.
Tyle Długosz. A jak było naprawdę – wszak na szczycie Łysej Góry istotnie od średniowiecza stoi najbardziej chyba znane w Polsce, poza jasnogórskim, opactwo, gdzie w kaplicy Oleśnickich, w srebrnym tabernakulum, z wielką pieczołowitością przechowywana jest wspominana w legendzie relikwia. Niestety nie istnieje dotychczas jednoznaczna opinia na ten temat. Nie wiadomo dokładnie nie tylko skąd pochodzi świętokrzyski relikwiarz, ale nawet od jak dawna znajduje się on w klasztorze. Istnieją oczywiście wśród historyków pewne hipotezy, dające jakąś wiedzę w tym zakresie. W naszej opowieści przedstawimy wersję, która wydaje się być najbardziej prawdopodobną, w każdym razie wszystkie przytoczone tu fakty są prawdziwe, niejasne jest tylko to, co działo się w okresach rozdzielających poszczególne wydarzenia.
A było to tak. W roku 1169 król węgierski Bela III pojmował za żonę Annę z Antiochii - siostrę jednego z najpotężniejszych władców ówczesnego świata, cesarza Bizancjum Manuela I Komnena. Królestwo Węgier, obejmujące tereny od Dunaju i Morza Czarnego po Spisz było i bez tego związku liczącą się w ówczesnym świecie potęgą gospodarczą i militarną, ale nie mogło się żadną miarą porównywać z liczącym prawie tysiąc lat cesarstwem bizantyńskim, stanowiącym centrum kulturalne, intelektualne i przede wszystkim finansowe tej części świata. Nic dziwnego, że król zadbał o to, aby nadać uroczystości możliwie wspaniałą i okazałą oprawę. Na zawarciu tej koligacji musiało jednak zależeć i cesarzowi Manuelowi, gdyż jego wpływy w ówczesnej Europie ograniczały się właściwie tylko do części Bałkanów i powstającej dopiero w dzikich stepach naddnieprzańskich Rusi. Mocne wejście na obszary środkowej Europy, gdzie coraz wyraźniejsze stawały się wpływy kultury zachodniej, a zwłaszcza chrześcijaństwa w obrządku łacińskim, dawało solidną podstawę nie tylko do umocnienia swych wpływów na tym terenie, ale i do dalszej ekspansji, a tego żaden z ówczesnych luminarzy europejskiej polityki oczywiście nie mógł lekceważyć.
Być może to właśnie było powodem, że królewscy nowożeńcy otrzymali od cesarza istotnie królewski prezent ślubny: była to stauroteka – srebrny relikwiarz zawierający pięć cząstek drzewa Krzyża Świętego, na których widoczne były ślady krwi Chrystusa. Srebrna kasetka mieszcząca relikwie miała kształt bizantyńskiego, lub inaczej patriarchalnego krzyża, o dwóch poprzecznych ramionach, z których wyższe jest nieco krótsze niż dolne. Taki kształt krzyża, dość rozpowszechniony w Bizancjum, dotarł do zachodniej Europy dopiero wraz z powracającymi z kolejnych wypraw krzyżowych zakonami rycerskimi.
Inna jego nazwa – karawaka pochodzi od miasta Caravaca w Hiszpanii, dokąd trafił tego kształtu krzyż zdobyty w XIII w. przez króla Ferdynanda III w walkach z Maurami.
W czasie, o którym mówimy, krzyż w takiej formie był jednak w Europie unikatem. Równie, a może jeszcze bardziej wyjątkowa, była relikwia, którą zawierał. Nic więc dziwnego, że król Bela III niezwłocznie umieścił go w herbie swego państwa, do którego, jak to już stwierdziliśmy w poprzednim rozdziale, włączone były na długie wieki tereny obecnej Słowacji. Tradycja ta i sama relikwia były dla Słowaków widocznie tak ważne, że utrzymali bizantyński krzyż w godle swojego kraju już po odzyskaniu niepodległości i dziś także możemy go tam zobaczyć.
A w jaki sposób dotarł on do łysogórskiego klasztoru? Piękna opowieść o darze wotywnym królewicza Emeryka jest niestety jedynie powstałą gdzieś około XIV w. legendą. Uważny czytelnik zauważy zapewne, że w czasie, gdy przeżył on swą niefortunną przygodę łowiecką, relikwiarza jeszcze na Węgrzech nie było. Jego węgierskie pochodzenie wydaje się być jednak niewątpliwe. Przywiózł go najprawdopodobniej w 1270 r. król Stefan V szukający wsparcia ze strony małopolskiego księcia Bolesława Wstydliwego w swoich działaniach przeciwko czeskim Przemyślidom. Pomoc zapewne uzyskał, bo obaj władcy zaprzysięgli pokój „na drzewo Krzyża Świętego”. Wszystko wskazuje na to, że musiało to być drzewo z bizantyńskiego relikwiarza, gdyż innego po prostu w ich zasięgu nie było.
Cenny dar pozostał w krakowskim skarbcu do czasu, gdy Władysław Łokietek z dużym trudem stłumił niezwykle groźny dla całości nowo tworzonego państwa bunt mieszczan krakowskich kierowany przez biskupa Jana Muskatę. Wydarzenie to musiało mieć dla króla tak istotne znaczenie, że srebrny relikwiarz, na który pokonany biskup przysięgał mu wierność, podarował benedyktynom z Łyśca jako dar dziękczynny – tu znów mamy pewną reminiscencję opowieści o Emeryku.
Królewski podarunek radykalnie zmienił losy opactwa. W połowie XIV w .nastąpiła zmiana wezwania klasztornego kościoła ze św. Trójcy na św. Krzyża, Łysiec zaczęto nazywać Górą Świętego Krzyża lub po prostu Świętym Krzyżem, a z czasem nazwa ta objęła cale pasmo otaczających ją gór. Klasztor i opactwo stały się ośrodkiem kultu, wspieranym przez kolejnych władców, a odwiedzanym przez liczne rzesze pielgrzymów z całego kraju. Dopiero w XVII w. rolę tę przejęła częstochowska Jasna Góra.
Co w tym czasie działo się z samym relikwiarzem? Oczywiście to on stanowił podstawę kultu i nadawał rangę i znaczenie całemu ośrodkowi na Świętym Krzyżu. W połowie XV w. opat Michał z Kleparza, jak to podaje Długosz „lignum Dominicum de argento in fulvi auri vasculum transposuit..” (drewno Pana przeniósł z oprawy srebrnej do żółtej złotej), w jakiej pozostaje do chwili obecnej. Później ozdobiono go 26 klejnotami pochodzącymi z daru królowej Bony, ale mimo późniejszych napraw i niewielkich przeróbek, zasadnicza forma dwuramiennego krzyża pozostała oczywiście nie zmieniona. Wzorowany na niej złoty krzyż na niebieskim polu stał się godłem łysogórskich benedyktynów, a stąd trafił na pierwsze, najważniejsze pole herbu całego Województwa Świętokrzyskiego. Motyw ten jest także powtarzany na tarczach herbowych niektórych miast naszego regionu.
Tak więc, jak przypuszczaliśmy na początku naszej opowieści, wiele wskazuje na to, że herb Województwa Świętokrzyskiego wzorowany jest na tym samym motywie, na którym oparte jest godło Republiki Słowacji, a jest bardzo prawdopodobne, że wzorcem do powstania obu tych znaków był przed laty ten sam przedmiot – srebrny relikwiarz, do dziś przechowywany pieczołowicie w świętokrzyskim sanktuarium! Doprawdy dziwnie, ale niezwykle ciekawie, a czasem zaskakująco, splatają się losy nie tylko ludzi, lecz całych państw i narodów, którym przyszło żyć, niekoniecznie nawet obok siebie, w naszej części tego najlepszego ze światów.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Barwicki