Baba-jaga z Gór Harz
06.08.2008 Autor: Agnieszka Markiton

Niemłoda już i – powiedzmy sobie szczerze – niezbyt urodziwa niewiasta w pasiastej zapasce, przemierzająca przestrzeń śmiało dosiadłszy popularnego sprzętu gospodarskiego w postaci miotły z brzozowych witek na długim kiju, jest od dawna niekwestionowanym i nie budzącym niczyich wątpliwości symbolem świętokrzyskiego regionu.

Rozwiń
Obecny w urzędowych dokumentach, na szyldach i w folderach lokalnych biur podróży, a przede wszystkim w postaci niezliczonej ilości pamiątkowych akcesoriów na folklorystycznych festynach – jest to symbol tyleż ciekawy co intrygujący. Wszak motyw wiedźmy na miotle nie jest spotykany ani w symbolice, ani też w ludowych opowieściach, legendach czy podaniach żadnego innego regionu w Polsce, choć nie brak tam wszelkiego typu czarownic, wróżek i innych kobiecych postaci obdarzonych własnościami daleko wykraczającymi poza granice powszechnie uznawanej normalności.
Dlaczego więc akurat mieszkanki terenów położonych pomiędzy Nidą i Kamienną, a przynajmniej niektóre z nich, zostały przez ludową wyobraźnię obsadzone w roli niespotykanej w pozostałej części naszego kraju? Znalezienie możliwej do zaakceptowania odpowiedzi na to pytanie wydaje się być trudne, ale chyba nie niemożliwe. Zróbmy bowiem krok dalej i postawmy kolejne pytanie – czy w ogóle istnieje gdzieś w kulturze innych regionów świata motyw kobiety-czarownicy latającej na miotle, a może na łopacie, ożogu czy też innych, skądinąd pożytecznych, przedmiotach gospodarskiego użytku, w ostateczności na przykład na wyrwanej z płotu żerdzi. Okazuje się, że pozytywną odpowiedź znajdziemy zaskakująco blisko – jest to motyw spotykany w wierzeniach narodów zamieszkujących tereny zachodniej Europy, w szczególności zaś w mitologii celtyckiej i starogermańskiej.
Dr Krzysztof Bracha z Instytutu Historii Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego w Kielcach, w artykule pt. „Łysogórska dama na miotle” („Teraz”, Wrzesień 2004) przytacza szereg przykładów takich wyobrażeń zaczerpniętych z ikonografii niemieckiej, francuskiej oraz kilku krajów skandynawskich. Postacie wyobrażone na polichromiach średniowiecznych budowli, w iluminacjach ksiąg, w miniaturach i ilustracjach wielu dokumentów bez trudu skojarzyć można z wizerunkiem współczesnej łysogórskiej baby-jagi. Wydaje się więc, że pochodzenia jej szukać należy właśnie na tym terenie.
Zacznijmy zatem od tego, co było najwcześniej czyli od początku. A wygląda na to, że najwcześniejszymi w mitologii postaciami kobiet posiadających zdolność latania były starogermańskie walkirie. Te wysłanniczki Odyna, w bladym świetle Księżyca przelatujące pola bitewne całego ówczesnego świata, żeby wyszukiwać i odprowadzać do Walhalli dusze poległych bohaterów, po prostu musiały przemieszczać się w ten sposób, gdyż inaczej nie byłyby w stanie wykonać powierzonego im zadania. Posługiwały się jednak w tym celu różnymi środkami lokomocji. Autor wspomnianego wcześniej artykułu wyszukał w polichromiach XIII w. katedry w Szlezwiku dwa bardzo interesujące wyobrażenia walkirii: jedna z nich dosiada wprawdzie żywego wierzchowca – pantery lub lwicy, ale za to druga ... no właśnie – druga porusza się siedząc na miotle z liściastych gałązek w sposób do złudzenia przypominający to co widzimy w łysogórskim godle.
Latanie na gospodarskim sprzęcie musiało być jednak i wśród samych Walkirii dość mało popularne, bo - jak wynika z treści artykułu - rysunek ten jest raczej unikatem.
Znaczący wzrost ilości takich aranżacji i wyobrażeń, nie tylko w przekazach i opowieściach, ale również w ikonografii, przyniosło dopiero średniowiecze, a zwłaszcza okres działalności inkwizycji. Nawet wówczas spotykane są one jednak głównie na terenie ograniczonym do centralnej części zachodniej Europy, przede wszystkim Niemiec. Dlaczego więc, mimo, że motyw czarownicy na miotle zakorzenił się w ludowej tradycji zbyt słabo na to, aby rozprzestrzenić się na inne regiony, dał się on jednak skutecznie zaszczepić na niezbyt urodzajnym świętokrzyskim gruncie? Czarownice są widocznie jak rzadkie rośliny – w pewnych miejscach występują, w innych zaś nie i już!
Zadajmy sobie jednak trud znalezienia odpowiedzi na te pytania, gdyż być może to w niej właśnie tkwi klucz do wyjaśnienia zagadki pochodzenia symbolu naszego regionu. Cóż! Istnieją widocznie na Ziemi miejsca, które od wieków miały szczególną zdolność do generowania, a może tylko skupiania i gromadzenia, złych mocy. Już w czasach pogańskich otaczała je atmosfera niezwykłości i tajemniczości, miały swoją specyficzną mitologię, a niekiedy odgrywały niepoślednią rolę w ogólnej mitologii całych krajów i narodów.
Jest w środku Niemiec niewielkie pasmo górskie, znane jednak wszystkim geologom świata, gdyż są to najstarsze góry w Europie. To Harz. Miliony lat trwające procesy erozyjne skruszyły ostre szczyty i turnie przekształcając je w skalne zwałowiska, strome niegdyś stoki złagodniały i porosły lasem, w dolinach pojawiły się cicho szemrzące potoki często o bagnistych, zarośniętych paprociami i sitowiem brzegach. Fantastyczne, niezwykłe formy skalne, pokryte rumowiskami głazów szczyty, niedostępne leśne polany i uroczyska, stwarzały niezwykły, pełen tajemniczości i grozy nastrój, sprzyjający umiejscawianiu w tej scenerii zjawisk i zdarzeń o charakterze odbiegającym od naturalnej, codziennej rzeczywistości. To na szczytach tych gór wyobraźnia ludzka umieszczała wszystko to, co budziło obawy, niepokój czasem strach, ale i pewną ciekawość i ponadprzeciętne zainteresowanie, jakie towarzyszy zwykle zjawiskom i faktom, których nie potrafimy zrozumieć ani wyjaśnić.
Najwyższym, a zarazem najsłynniejszym i najbardziej intrygującym szczytem Harzu, jest otoczony od niepamiętnych czasów złą sławą, 1142-metrowy Brocken, stanowiący do dziś główną turystyczną atrakcję tego regionu. Niezwykła atmosfera i istotnie unikalny charakter tego miejsca sprawiają, że jest to region szczególnie folklorogenny – to tu Mefisto przyprowadził doktora Fausta, stąd pochodzą legendy, podania i opowieści, w których aż roi się od wiedźm, czarownic, złych duchów, czarów, magii i kto tam wie czego jeszcze. Właśnie tu w ludowej wyobraźni odbywały się sabaty czarownic, ze słynną nocą Walpurgii na czele. Noc Walpurgii to najsłynniejsza noc w historii europejskiej magii. Nie ma chyba nikogo, komu nie kojarzyłaby się ona z czarownicami latającymi na miotłach.
W nocy z 30 kwietnia na 1 maja, gdy w kalendarzu dawnych Celtów rozpoczynało się lato, na szczycie Brocken odbywa się sabat czarownic opisany m. in. w słynnym dziele Goethego.
Z relacji doktora Fausta, który uczestniczył w nim w towarzystwie samego Mefistofelesa wynika, że otoczył ich tam nieopisany hałas i błyski świateł, którym towarzyszyło dziwne zachowanie się zwierząt i drzew. Świat stanął na głowie, a mnóstwo duchów, czarownic, półczarownic i zjaw różnej maści świętowało dzień mocy szatańskich.
Góra Brocken jest tutaj miejscem wyjątkowym. Już w XVIII w. zaobserwowano na niej tzw. zjawisko albo widmo Brocken. Polega ono na tym, że cień obserwatora znajdującego się na szczycie powiększa się, i otacza kolorowymi kręgami glorii na tle chmur lub mgły. Jeśli na szczycie stanie kilka osób, zobaczą kilka cieni, ale aureolę każdy dostrzeże tylko wokół własnej głowy. Dziś wiemy, że jest to spowodowane dyfrakcją światła słonecznego, które ugina się przechodząc przez małe szczeliny, lub między kropelkami wody, ale skąd, na Boga, mieli to wiedzieć okoliczni, ówcześni mieszkańcy?
Nic dziwnego, że okolice te stanowiły istny raj dla inkwizycji. Historycy i badacze zajmujący się przeszłością tych krajów dysponują niezliczonymi relacjami o procesach wytaczanych przed jej trybunałami przeciwko kobietom posądzanym o wykonywanie magicznych praktyk lub utrzymywanie kontaktów z diabłem, najczęściej zaś o jedno i drugie równocześnie. Samo latanie na miotle było w tej sytuacji mało znaczącym drobiazgiem.
Jest więcej niż prawdopodobne, że echa oraz motywy tych zdarzeń i opowieści, docierające na tereny naszego kraju, właśnie w rejonie Gór Świętokrzyskich trafiały na szczególnie podatny grunt. Nawet nie najbardziej uważny czytelnik bez trudu zauważy niezwykłe podobieństwo tych dwóch regionów – niezbyt strome zbocza gór porośnięte nieprzeniknioną, starą puszczą, kryjącą zapewne wiele niezwykłych miejsc, do których nie sposób dotrzeć. Tu i ówdzie jakby rozrzucone przez złe moce, fantastycznych kształtów skały i głazy, a przede wszystkim skalne rumowiska – gołoborza - pokrywające szczyty najwyższych gór, stwarzają wrażenie, że do piekielnych bram jest stąd dziwnie blisko, a zapach siarki niechybnie za chwilę rozprzestrzeni się w powietrzu.
Łysa Góra, zwana dawniej Łyścem, nie przypadkiem kojarzy się z Brocken. Już w czasach pogańskich uważana była za ośrodek kultu i miejsce dokonywania związanych z nim praktyk i obrzędów. Przekształcenie ich na sabaty czarownic było tylko formalnością i kwestią czasu. Jednakże ani starogermańskie wysłanniczki Odyna, ani też herzeński archetyp czarownicy nie zostały in extenso przeniesione na łysogórskie stoki. Otoczenie, choć podobne, nie było przecież identyczne.
Inna historia, tradycja, odmienne odczucia i oczekiwania potencjalnych odbiorców sprawiły, że i mitologia nabrała tu swoistego charakteru i zabarwienia. Ponadto, jak się wydaje, postać baby-jagi na miotle, bardziej swojska i odpowiadająca charakterowi oraz wyobrażeniom lokalnej społeczności, dużo łatwiej dała się zaadoptować i wtopić w świętokrzyskie tło niż np. monumentalna, ale zimna i pozbawiona wszelkich ludzkich uczuć Walkiria. Mieszkanki Kakonina czy Porąbek nawet samemu Odynowi nie dałyby się chyba nakłonić do tego, aby przybrawszy rogate hełmy penetrować bitewne pola, ale wybrać się wieczorem na nieodległy Łysiec, aby spotkać się z koleżankami, których nie widziało się
już ho, ho, ho... a może i dłużej – a toż to całkiem co innego!
To przecież doskonała okazja, aby posłuchać najnowszych informacji o tym co będzie modne na wiosnę a co jesienią, wymienić poglądy na temat skuteczności specyfików oferowanych w ubiegłym tygodniu przez domokrążnego handlarza, skonstatować, że ta Kaśka z Brzezinek to tak zbrzydła ostatnio, że aż miło popatrzeć.... Nawet perspektywa spotkania z samym diabłem, której niestety nie da się uniknąć, bo to on jest głównym organizatorem, a przede wszystkim sponsorem całej imprezy, nie jest w tym wypadku wystarczającym powodem do rezygnacji z udziału w niej. Z dojazdem też nie ma kłopotu, bo jest zawsze do dyspozycji poręczny, ekologiczny i niezwykle tani w eksploatacji pojazd, może i niezbyt komfortowy, ale za to bezobsługowy i nie sprawiający żadnych kłopotów z parkowaniem.
Tak więc świętokrzyska baba-jaga musiała nabrać swoistego, lokalnego charakteru i upodobnić się do miejscowego otoczenia nie tylko zewnętrznie, ale i mentalnie.
Tym niemniej jednak spod nałożonego przez miejscowe uwarunkowania retuszu, widać wyraźnie wystarczająco dużo istotnych cech niemieckiego pierwowzoru, aby nie mieć wątpliwości co do tego, gdzie należy dopatrywać się źródeł pochodzenia świętokrzyskiego symbolu. Nie ma co ukrywać – nasze godło, tak bardzo zdawałoby się związane z miejscowym folklorem, pochodzi z importu. Baba-jaga, nawet na miotle i w regionalnym pasiaku, jest oczywistym śladem kultury niemieckiej w tradycji naszego regionu.
Tekst i zdjęcia: Andrzej Barwicki