Dziś jest piątek, 18 maja 2012. Imieniny: Feliksa i Aleksandry.

normalnywiększyduży  Drukuj  Generuj PDF  Poleć znajomemu

Suknia

Autor: Emilia Król Prezentujemy opowiadanie pt. "Suknia" autorstwa młodego kielczanina Krystiana Dulnika. Zaskakujący tekst jest jednym z wielu wyjętych z szuflady. Jest to pierwsza publikacja Krystiana, która ujrzała światło dziennie. Debiut zostawiamy Państwa ocenie.

I była prastara Ciemność...

Przenikała żywe i martwe. Nie miała mocy tworzenia, chociaż mogła splatać i rozdzielać. Mylił się ten, kto twierdził, że jest zła. Ośmieszał się ten, kto mówił, że jest dobra. Nikt nie wiedział gdzie wzięła swój początek. Była po prostu i nie pamiętała dlaczego jest. Nie mogła odejść, odchodzili tylko ludzie.
Ludzie nie widzieli Ciemności ponieważ za dnia była przeźroczysta, nocą zaś bezwiednie wypędzali ją poza granice miasta. Przyszli do niej otoczeni szumem myśli i hukiem maszyn, wprosili się i jej dom okrzyknęli swoim, lecz nie miała do nich żalu. Nauczyła się współistnieć z nimi.
Ludzie byli smaczni dla Ciemności. Zasmakowała w ich smutku, troskach, strachu. Chłonęła wszystko co było ludzkie. Przez to ludzie nie pamiętali wielu rzeczy, gubili wspomnienia jak drzewa gubią liście jesienią. Przez to te puste miejsca bezwiednie wypełniali złudzeniami..
Ciemność była łaskawa. W zamian dawała ludziom przedmioty, w które wplatała siebie. Podsycała w ludziach zdolności, bo lubiła gdy tworzyli. Zdarzało się również, że naznaczała kogoś i wspierała. Lecz najbardziej lubiła psocić i komplikować ludziom życie.
Któregoś razu Ciemność podarowała Rafaelowi Ewę, gdyż jego muzyka szeleściła tęsknie jej cieniami. Później wraz z muzyką w cienie zaplątała się pierwsza myśl: Ewa wyglądała pięknie gdy śnieg oprószył jej włosy.
I był to jeden ze snów Ciemności.

* * *

Ciemność wyśniła śnieg

Autobus sunął przez zamieć. Obydwoje nie zamierzali do niego wsiadać, pewnie nie tylko oni. W autobusach zawsze jest sztucznie. Na ulicy ludzie mijają się i nie zwracają na siebie uwagi, jeżeli coś ich do tego zmusi obraz twarzy drugiego człowieka zaciera się w pamięci po kilku minutach. Tymczasem jadąc autobusem trzeba gdzieś skupić wzrok. Ile można gapić się w szybę. Albo na czubki własnych butów. Zamknięci w przestrzeni autobusu, nie przywykli do zamykania się w sobie zaczęli błądzić wzrokiem po ludziach.
Dlaczego śnieg zaczął sypać akurat gdy obydwoje byli w pobliżu przystanków? Dlaczego wsiadł do autobusu, którym nie dojechałby do domu? Dlaczego nie poszła pieszo skoro tak lubiła spacerować gdy sypał śnieg? Ich spojrzenia zderzyły się. Kto wytrzyma dłużej? On zawsze miał trudności z odpuszczaniem. Ona była odważna.
Ładna, pomyślał.
Hm, mruknęła pod nosem.
Uśmiechnęła się. Odpowiedział jej uśmiechem. Zerkali tak na siebie co chwile i przyłapywali się wzajemnie w tych zerknięciach niby przelotnych.
Autobus zbliżał się do kolejnego przystanku. Wstała i zrobiła coś czego nie zrobiłaby może nigdy. Nie miała pojęcia, że jest do tego zdolna.
Nim drzwi autobusu otworzyły się podeszła do niego.
Ja tu wysiadam – powiedziała i przykuła go spojrzeniem.
Zmieszał się i pobladł, lecz wyczuwał tą pierwszość i niepowtarzalność, wyczuwał że drugiej takiej chwili już nie będzie. Zdobył się na uśmiech w oszołomieniu przytomnym na tyle by wydusić:
Ja chyba też.
Ewa wyglądała pięknie gdy śnieg oprószył jej włosy. Rafael długo rozmyślał jaki mają zapach nim pozwoliła mu ich dotknąć.

* * *

Rafael któregoś razu rozgniewał Ciemność...

Zmysłowe usta barwy dojrzałych wiśni uśmiechały się dla niego. W oczach Ewy mieścił się cały ocean, gdy była wzburzona widział jak załamują się w nich fale. Opróżnił kielich wina.
Zagrasz dla mnie gdy wrócimy? – spytała. Zlizała resztki deseru z łyżeczki.
Co tylko zechcesz. Będę grał choćby całą noc.. Choćbym miał obudzić wszystkich sąsiadów.
Mówiłam ci już jak bardzo cię kocham?
Nie pamiętam.
Zaraz dostaniesz tą łyżeczką.
Cierpię na wieczny i nieuleczalny niedosyt twoich słów.
Kocham cię Raff.
Zaręczyli się niedawno, raz w tygodniu zabierał ją na kolację do restauracji żeby smakować magię tamtej chwili. Ewę bawiły te wyjścia i uwielbiała je. Wiedziała, że dla Rafaela są niczym rytuał. Herbaciana róża. Ukłon. Później nonszalanckie czy zechcesz mi dziś towarzyszyć, pani. Wyjścia te łagodziły również nie łatwą codzienność. Pozwalały zapomnieć o kłopotach finansowych, jakie mieli odkąd kupili mieszkanie.
Rafael zapłacił rachunek i poprosił o wydanie ich rzeczy. Wyszli z kawiarni w chłodny wieczór przesiąknięty wilgocią.
Będzie padać..
Chciałbyś.
Zobaczysz, że będzie.
Nawet tak nie żartuj, godzinę układałam tą fryzurę.
Uśmiechnął się. Kiedy mieli spędzić wieczór w restauracji Ewa upinała włosy na wzór greckich bogiń. To ufryzowanie wynosiło ją i uszlachetniało.
Możliwe, że to przypadek pokierował jego ręką w nieświadomym odruchu, możliwe że odruch był w pełni przemyślany. Wszystko jest możliwe. Nim kropla deszczu dotknęła włosów Ewy rozbiła się na jego dłoni. Bezgłośnie się rozbiła, cicho tak i niewinnie dla niego i dla niej. Po niebie przewalił się pomruk, ale oni tego nie usłyszeli.
Mówiłem, że będzie padać.
Rozłożył parasol i poszli w dół ulicy błyszczącej wystawami sklepów. Ewa pocałowała go w policzek. Uśmiechnęła się kącikami ust.
Ładnie pachniesz – wyszeptała mu do ucha.
Rafael uwielbiał gdy tak się uśmiechała. Chociaż było im ciężko, ten uśmiech dodawał mu lekkości.
Spójrz, nowy butik – szepnęła Ewa, ścisnęła jego dłoń. – Chodźmy bliżej.
Pociągnęła go ku szybie wystawy.
Suknie?
Popatrz na tą, Raff – pokazała na chabrową, lśniącą jak deszcz w słońcu.
Popatrz na cenę – zauważył.
Ewa pominęła te słowa.
Albo ta – wskazała – jak z płatków kwiatu jabłoni, jaka delikatna...
Byłoby ci w niej do twarzy – przyznał z drżeniem smutku dla niej niewyczuwalnym.
Lecz to co dla Ewy było zakryte jego zakuło wewnętrznie gdy uzmysłowił sobie granicę swoich możliwości patrząc na ceny sukni. Cholerny butik!, zaklął w myślach.
Która podoba ci się najbardziej? – palnął bez zastanowienia, pozbawiony wiedzy która mogłaby jego i ją oszczędzić jeszcze.
Ciemność wplotła się srebrem w cień i ukazała oczom Ewy rzecz ulotną.
Ta – Ewa dotknęła zimnej szyby palcami. Za szybą mieniła się suknia. Niby tak blisko. – Ta jest piękna..
Rafael spojrzał na czerń rozedrganą lśnieniem i przeszył go dreszcz.
Uśmiech Ewy zgasł.

* * *

Kawa paliła żyły

Ewa wspierała się o ramę okna, patrzyła jak niebo nasiąka wieczorem. Szyba zimnem drażniła sutki. Piersi Ewy pokrywała gęsia skórka. Często chodziła po mieszkaniu nago. Trzecie piętro, więc nikt nie widział. Gdyby nawet, to miał uciechę. Była sama. Rafael miał wrócić dopiero nad ranem.
Irytowała ją perspektywa dzisiejszej nocy w pustym zimnym łóżku. Martwił czynsz, który musieli zapłacić. Denerwował Rafael, który wypominał, że się nie uśmiecha i wypytywał co się dzieje.
Nic się nie działo, zupełnie nic. Tylko wszystko było nie tak jak miało być.

Ewa, co ci jest? – zapytał ją w kuchni.
Nic.
Przecież widzę.. Jesteś smutna?
Nie jestem.
Ani trochę?
Ani trochę.
To czemu w ogóle się nie uśmiechasz?
Oj kochanie, nie męcz mnie.

Czemu się nie uśmiechasz.. Jakby była jakąś idiotką, która nie ma nic lepszego do roboty tylko uśmiechać się. Tak nie potrafiła. Żeby się uśmiechać trzeba się cieszyć, a jak tu się cieszyć jak nie ma z czego? Rafaelowi po raz kolejny odmówili w filharmonii, podobno z braku wolnych etatów. Powiedział żeby się nie martwiła, że sobie poradzą. Zawsze tak mówił.. Powiedział, że będzie grał w klubach i poszuka stałej pracy do czasu aż w filharmonii zwolni się miejsce.
Inaczej to sobie wyobrażała.. Odkąd wprowadzili się do wymarzonego mieszkania z miesiąca na miesiąc było coraz trudniej. Cudem udało się jej sprzedać ostatnią rzeźbę za marny tysiąc złotych, który praktycznie w całości wydali na opłaty. Nie miało znaczenia to, że rzeźba była warta co najmniej trzy tysiące złotych, ani to że sprzedałaby ją za siedem lub osiem gdyby ktoś pomógł jej przebić się do odpowiednich kręgów, gdyby ktoś życzliwy wskazał na jej zdolności wśród odpowiednich ludzi. I zupełnie nie miało znaczenia to, że sprzedała ją tylko dlatego, że pozwoliła obmacać się obleśnemu draniowi, który łaskawie zgodził się rzeźbę kupić. O tym Rafaelowi nigdy nie powiedziała i nie powie. Dlaczego więc miała się uśmiechać? Radość ulatniała się z niej jak ciepło ulatnia się z kubka kawy. Kiedyś przyjaciel Rafaela, Karol, powiedział że świat ceni sobie bezduszność, że wiele mówi się o wrażliwości, ale w istocie jest ona jedynie hasłem reklamowym, jednym z trybików komercji.
Dopiła ostatni łyk zimnej już kawy. Przez okno sączyło się światło latarni, rozjaśniało jej piersi. W pamięci zamigotał obraz rozedrganej czernią sukni. Może mogłaby ją chociaż przymierzyć? To bez sensu, pomyślała, po co mierzyć coś na co człowieka nie stać? Chyba po to, żeby mieć koszmary po nocach. Przeszła przez pokój ku uchylonym drzwiom. Tam czekały na nią bloki wilgotnej gliny, które połączy i zmieni dłońmi w lamparta. Saksofon Rafaela błyszczał do niej wsparty o ścianę. Świat nienawidzi artystów, pomyślała. Musnęła dłonią instrument.
Ale my się nie damy, prawda kochanie? – powiedziała do siebie.
Przecież świat jest uzależniony od sztuki.

* * *

Ciemność?
Tak.. Prastara Ciemność, która przenika żywe i martwe.

Leżeli w beżowej trawie na zboczu wzgórza. Pokazał dłonią w niebo. Po niebie płynęły ogromne białe chmury. Bardzo wolno płynęły gdzieś w błękity, a ciepły wiatr szeleścił trawą.

Jest tam. I tutaj, w nas. Jest w tej trawie. W tym wzgórzu i w mieście.
Jak myślisz, jest zła?
Jest tak dobra jak ty. I tak zła jak ja.
Ty nie jesteś zły.

Wsparła się na łokciu i popatrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Był jak okruch światła.

Skoro mówisz, że jestem dobry..
Tego nie powiedziałam. Nie widzę tej twojej ciemności.
Ona jest niczyja, swoja może, co najwyżej..
Nic nie widzę.
Bo jest przeźroczysta. Niebo jest chabrowe. Twoje oczy. Mój smok. Wszystko jest wyraźne i kolorowe.
To skąd wiesz, że ona istnieje?
Czuję ją, chociaż nie wiem czy sam istnieję.
Ja istnieję. Wiesz dlaczego? Bo te chmury są piękne..
Hm, ja też istnieje, bo ty jesteś piękna.
A nocą ją widać?
Tutaj? Tak. Ale nie w mieście.

Miasto cichło i nieruchomiało daleko w dole. Wielkie cienie chmur były tylko plamami na jego betonowostalowym cielsku, które rozlało się po całej dolinie, a nawet wchłaniało w siebie niektóre wzgórza i wspinało na zbocza innych.

Kiedy jest noc Ciemność snuje się po tych wszystkich wzgórzach dookoła.
Chciałabym to zobaczyć twoimi oczyma.
Masz własne, piękniejsze od moich.
Pokaż mi twojego smoka.
Nie chce mi się rozpinać guzików.
Bo ucieknę.
Ha, to chyba z górki, bo ledwo tu weszłaś.
Zobaczysz że ucieknę i będziesz mnie błagał żebym napiła się z tobą kawy.
Uciekaj. Dogonię cię po dziesięciu krokach. A jak cię dogonię to..
Pokaż mi go.
Ale jesteś uparta.
Ja?

Poderwała się z trawy i usiadła na nim okrakiem. Rozpięła mu koszulę. Od pępka przez całą pierś wił się smok. Przejechała po nim paznokciami dłoni.

Jesteś moim smokiem.
A ty moją niewolnicą.

Nachyliła się. Włosy pachnące suchą trawą i sosnami przysłoniły mu widok nieba. Ugryzła go w wargę. Pocałowała.

Chyba się w tobie zakochałem.
Aleś ty głupi..
Ładnie tak ubliżać smokowi?
Znam twoje prawdziwe imię, więc nic mi nie grozi.

W beżowych trawach i jeziorach cienia białych chmur rozmawiali o Ciemności i smoku.

* * *

Muzyka nie istniała bez niej ani poza nią

Rafael nigdy nie uważał, że jest wyjątkowy, niczego się w sobie nie doszukiwał. Do swoich umiejętności podchodził w czystko pragmatyczny sposób.
Jako chłopiec zobaczył starszego faceta, który grał na saksofonie. Opierał się o latarnię i grał. Niby nic wielkiego. Ale jak grał... Ludzie przystawali i wrzucali mu pieniądze do kapelusza, a on zdawał się mieć ich w głębokim poważaniu. Muzyką opowiadał, że niczego nie żałuje. Rafael słysząc te przedziwne dźwięki poczuł, że nigdy nie zdoła tak zagrać, mimo to postanowił wtedy, że uzbiera na właśnie taki instrument i będzie grał. Nie wiedział czy ten człowiek ma dom, czy ma rodzinę, czy jest szczęśliwy. Widział za to, że jego płaszcz nie wygląda najlepiej, ale muzyka jest jego szatą i twarzą. Ten człowiek był wolny. Rafael chciał być wolny.
Cierpliwie odkładał każdy grosz, a w tym czasie uczył się nut i dziwił, że nauka idzie mu łatwo. Kiedy skończył podstawówkę kupił saksofon tenorowy, cały srebrny. Nauka gry była czystą przyjemnością. Potrafił dobrze kopiować utwory znanych wykonawców, starał się też dorzucać coś od siebie. Układał również własne kompozycje. Uczył się i grał. W akompaniamencie saksu minęła szkoła średnia, potem studia muzyczne. Po studiach większość znajomych porozjeżdżała się, jak to bywa w życiu, każdy poszedł swoją drogą. Rafael w drogę zabrał saksofon. Gra stała się dla niego środkiem utrzymania, on był rzemieślnikiem. Nic wielkiego w tym nie było... Nigdy nie powiedział Ewie jak to się stało, że zaczął grać, nie powiedział jej że chciałby jak ten facet w sfatygowanym płaszczu stać na ulicy i mieć wszystko gdzieś i grać o tym, że było warto, że niczego mu nie żal... Ewa wyśmiałaby go gdyby jej powiedział. Nie zrozumiałaby, ona oczekiwała wielkości, ulotności, magii, oczekiwała sztuki.
Ewa wynosiła go ponad normalność. Czyniła z jego gry sztukę, w którą nie wierzył. Godził się na to ponieważ mówiła z takim zapałem, jej oczy jaśniały, a usta błyskały słodyczą uśmiechu. Chciał być dla niej tym kim był w jej słowach.
Myślami często wracał do ich pierwszego spotkania. Siedział na ławce z odchyloną głową w tył i patrzył w głębię błękitu nieba. Wysoko nad ciemnymi dachami kamienic wiatr pędził gdzieś białe chmury. Wówczas stała się rzecz, której nigdy nie zrozumiał. Usłyszał dźwięk skrzypiec, który wysączył się z tych białych chmur jakby, lub z któregoś z uchylonych okien. Dźwięk jedyny w swoim rodzaju, jak rozkaz. Zerwał się prawie i rozejrzał.
Szła ulicą. Poczuł jak wypełnia go wiedza, jak każdy z jej kroków skierowany jest ku niemu, jak ruchem ciała wypowiada jego imię. Ten chód... Noga za nogą w linii prostej, rozkołysane wężowo biodra. Wyciągnął saksofon z futerału, stanął na ławce i zaczął grać. Pamiętał jej minę i pierwszy uśmiech, którym dała mu do zrozumienia, że wie dla kogo gra. Czasami zastanawiał się czy nie był to tylko sen...
Od tamtej chwili grał dla niej wiele razy. Tylko dla niej. Poprzez jej słowa stawał się tym kim chciała, chociaż tylko z wierzchu. Bo przecież sam nie widział w sobie nic wyjątkowego. Często nie mógł nadążyć za tokiem jej rozumowania, lecz po mistrzowsku udawał, że rozumie.
Specjalnie dla niej nauczył się piec ciasta i faszerował je rodzynkami, bo wiedział że Ewa za nimi przepada. Zawsze zostawiała je na koniec. To co najlepsze zostawia się na koniec, mówiła.
Bywały też chwile, gdy chciał odpocząć, schronić się przed wdziękiem, przed magiczną aurą, która była jej częścią. Co jest prawie doskonałe, jest też trudne. Czuł się gorszy od niej. Bał się, że ona zacznie tak o nim myśleć i odejdzie. Ewa miała w sobie wszystko to, o czym mówiła. Nie mógł nadziwić się tworom, które wychodziły spod jej dłoni. W jaki sposób tak idealnie potrafiła je urealnić? Śmiała się gdy żartował, że się ich boi, że wyglądają jak żywe. Ale on mówił półżartem, w głębi naprawdę się obawiał. Uwielbiał słuchać gdy opowiadała mu o rzeźbach starożytnej Grecji czy Rzymu. Gdy odsłaniała przed nim niezwykłość renesansu czy gotyku.
Nie rozumiał dlaczego cuda, które tworzyła z gliny jeszcze nie zostały przez nikogo docenione. Nie znosił chwil gdy cierpiała z tego powodu, gdy była bliska załamania. Serce w nim krwawiło gdy wypłakiwała się wtulona w niego, a on mógł tylko szeptem wlewać w nią zaklęcia, że będzie dobrze, żeby się nie poddawała, że jest wspaniała i zdolna. Ta jej wrażliwość na punkcie sztuki i własnego spełnienia denerwowała go i ciążyła mu. Dlaczego Ewa chociaż trochę nie mogła być podobna do niego? On potrafił śmiać się z każdej nieudanej próby. Wiedział, że w końcu osiągnie to co zaplanuje. Może właśnie to wzajemne uzupełnianie się stanowiło fundament uczucia, które w nich płonęło.
Herbacianym ogniem.

* * *

Ewa nie znosiła rodzynek

Umiejętnie wybierała każdą najmniejszą rodzynkę z ciasta, aż na talerzu powstawał wzgórek rodzynkowy. Gdy Rafael pytał dlaczego je wybiera mówiła, że najlepsze zostawia na koniec. Pytał o to jeszcze kilka razy, ale gdy zawsze odpowiadała tak samo przestał najwyraźniej przekonany. Ewa czekała cierpliwie na odpowiedni moment, a gdy nie patrzył lub zamyślił się, gdy wyszedł na chwilkę do kuchni czy łazienki wyrzucała wszystkie. Nigdy nie pomyślała, że mogłaby powiedzieć mu prawdę, że brzydzą ją te zasuszone owoce, że wilgotne przypominają jej zdechłe napuchnięte od wody robaki, że ich nie znosi po prostu!... To byłoby okrutne tak uświadamiać go niepotrzebnie skoro tyle przyjemności sprawiało mu faszerowanie rodzynkami ciasta specjalnie dla niej. Tak?
Były rzeczy ważniejsze, o których mówiła Rafaelowi, z którymi go oswajała, których go uczyła. Rafael był, lecz nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki jest. W jego świadomości nie było miejsca dla niego, dla umiejętności gdzieś w nim zatrzaśniętych i tylko cieknących stróżką. Należał do pokroju ludzi, którzy wiele mogą, ale odrzucają siebie i stoją w miejscu... Ludzie tacy nie doceniają tego co zostało im dane, nie chcą siebie poznać i marnują się. Ewa czuła, że Rafael się marnuje i było jej ciężko z tym czuciem. Dlatego cierpliwie uczyła go sięgać do drzemiących w nim pokładów, ale tak żeby nie wiedział, że to przez nią, żeby nie poznał się na niej, by nie urazić jego dumy.
Ich spotkanie rozjaśniało jej twarz uśmiechem ilekroć sobie je przypomniała. Poznali się w kawiarni. Było już późno i zamierzała wyjść gdy usłyszała jak gra. Cały w czerni, z połową twarzy skrytą w cieniu czarnych włosów. W dłoniach trzymał srebrny saksofon i wydobywał z niego dźwięki. Każdy kto był tego wieczoru w kawiarni słuchał z zapartym tchem. Rozmowy umilkły, filiżanki z kawą zamarły w połowie drogi do ust, papierosy dopalały się zapomniane w popielniczkach. Muzyka, którą budził oddechem była czysta jak kropla wody. Smutek i podniecenie splatały się w niej tworząc coś nienazwanego jeszcze. Została do końca występu. Jakież było jej zdziwienie gdy oprzytomniona ciszą stwierdziła, że są sami w kawiarni.
Myślę, że musze odpocząć – powiedział patrząc na nią.
Spojrzał na zegarek.
Trzy godziny – zmusił się na zmęczony uśmiech. – Jeszcze nie grałem tak długo.
Przeprasza – odezwała się. – To było niezwykłe.
Jest już bardzo późno.
Tak..
Lubisz spacerować nocą po mieście? – zapytał.
Bardzo.
Śniadanie, które zjedli w południe smakowało tak jakby jadła pierwszy raz w życiu.
Muzyka Rafaela wprawiała Ewę w uniesienie ilekroć ją słyszała, pod muśnięciami dźwięków drżały zmysłowe struny wplecione w ciało. Gdy Rafael grał Ewa stawała się instrumentem jego muzyki.
Często doprowadzał ją do wściekłości swoją pokorą i brakiem poczucia wartości. Nie jeden raz z tej skrywanej złości potrafiła potłuc talerz.
Kiedy ty przejrzysz na oczy?! – pytała gdy bezradność brała górę.
Przecież to nic wielkiego – odpowiadał.
Z takim podejściem nigdy nic nie osiągniesz.
Mam ciebie – mówił. – Nie chcę niczego więcej.
To nic wielkiego.. Nienawidziła kiedy tak mówił! Przecież był niezwykły. Czuła to. Nie tylko ona z resztą. Karol, przyjaciel Rafaela, też mówił o jego niezwykłości. Karol zawsze był szczery, aż do bólu. Czasami żałowała, że Rafael nie może być taki jak jego przyjaciel. Tamten był gotów walczyć z całym światem jeśli w coś uwierzył.
Dlaczego z nim jesteś? – rzucił Karol, któregoś razu gdy spotkali się w cukierni.
Popatrzyła pytająco.
On na ciebie nie zasługuje – odpowiedział. – Dlaczego nie możesz być ze mną?
Bo chcę jego. Kocham go.
Karol zaakceptował jej odpowiedź bezdyskusyjnie i więcej nie pytał. Lubiła się z nim spotykać. Mogła godzinami słuchać jego dywagacji na temat sztuki i nie tylko. Zabawiała się i bawiła nim, lecz to Rafael był facetem, który działał na nią porażająco, którego pragnęła i do którego należała. Był tworzywem, którego nie dało się kształtować ponieważ podlegało tylko sobie. Czymś wiecznie niedokończonym, niedoskonałym. Uwielbiała śledzić jego ruchy, ale zwłaszcza gdy nie patrzył. Wtedy był sobą, po prostu był. Wiedziała, że nie zastanawia się w jaki sposób sięgnąć po szklankę, tylko po nią sięga. Doszukiwała się źródła jego światła, chciała je zapamiętać by później odtworzyć i zakląć w kształty.
Niewolił ją.

* * *

Rafael nosił ze sobą marzenia

Pewnego październikowego popołudnia przyniósł jedno kumplowi ze szkoły muzycznej. Tamten pracował jako barman w jednej z miejskich kawiarni.
Słuchaj – zaczął gdy usiedli przy kawie – gdyby tak skrzyknąć chłopaków i zorganizować coś na dużą skalę. Lata trzydzieste, gangsterski jazz, trochę rock'n'rolla, mężczyźni w garniturach, w kapeluszach, kobiety w pięknych sukniach. Przecież tego nie ma w tym mieście. Może nawet w ogóle tego już nie ma..
Ciekawy pomysł – odparł kumpel – ale wiesz jakie to będą koszty? Załóżmy, że zarobimy w przybliżeniu cztery patyki za wieczór, to wydamy wszystko na lokal, reklamę, chłopaków. I co zostanie?
Dzięki, że raczyłeś mnie oświecić, ale kasa nie jest najważniejsza. Tego wieczoru nic nie zarobimy.
Co?
To, to. Posłuchaj. Raz na dwa tygodnie moglibyśmy zrobić taki wieczór, zrobić go dla ludzi, zasłynąć na całe miasto. Tłumy by do nas waliły, rozumiesz? Rozbudzilibyśmy w ludziach wyobraźnię. Tęskniliby za tymi wieczorami.
Za darmo? Ciebie posrało Rafael. Jesteś tak posrany jak twoje imię.
Wal się.. Pogadasz z właścicielem kawiarni? Moglibyśmy zacząć tutaj.
Nie Rafael, nie będę pracował za darmo. Nikt nie będzie.
Niekiedy sytuacje prześwietlają wszystko na wylot, wystarczy dobrze się przypatrzyć. Po tamtej rozmowie Rafael wiedział już kim jest jego kumpel. Dlaczego ludzie uciekają od wyobraźni?, pytał siebie w drodze do domu. Co może jeden człowiek z wizją, jeżeli jest sam? Dlaczego marzeniem tak trudno zarazić drugiego człowieka? A mówią, że łatwo.. Może trzeba trafić na odpowiedniego. Walić kumpla, pocieszył się. Kiedyś będzie na tyle silny by samemu spełnić to marzenie.

* * *

Ewa nie mogła zasnąć, myślała o sukni

Dziwiła się sobie i myślała o sukni. Gdyby sprzedała chociaż jedno ze swych dzieł za właściwą sumę mogłaby ją mieć. Nie była materialistką, nigdy jej uwagi nie zajmowały rzeczy, które można było kupić. Lecz coś się zmieniło. Coś w niej. Wpełzło w nią i zagnieździło się gdy straciła czujność. Bo zawsze trzeba być czujnym. Gdy się zapomni o czujności świat wyżera w człowieku dziury. Ewa chciała ją mieć. Na własność, dla siebie, dla swego ciała. Myśl o sukni zarażała pozostałe myśli. Z jakiego materiału ją wykonano, jak układałby się na ciele, jak podkreślałby kształty? Czy wyglądałaby inaczej? Młodziej, piękniej? Czy to, że pierwszy raz w życiu chciała rzeczy materialnej było takie złe?
Nie. Złe było to, że nie mogła jej mieć. Nie mogła mieć sukni. Ta szmatka znajdowała się poza jej zasięgiem. Albo chcesz być, albo chcesz mieć. Tak brzmi prawo powalonego świata. Zarówno pierwsza jak i druga opcja niosą ze sobą ciężkie konsekwencje.
Ewa pomyślała, że chce wstać i czymś się zająć. Ubrała się, posnuła po mieszkaniu. W końcu wyszła na spacer w samym środku nocy. I to chyba nie był sen. Szła błądząc w myślach ciałem bezmyślnym ku sile, która wzywała. Wiodły ją roztańczone cienie, przemykały obok ukradkiem by za plecami jeżyć się i drgać jakąś niewypowiedzianą mściwością. Nie widziała jak śledzą ją z mroku pozaświetlnego, jak wyglądają z gęstwin krzewów, zza latarni. Wiatr zamiatał nimi po ulicy jak śmieciem, a cienie fruwały w rozwichrzeniu, lecz Ewa tego widzieć nie mogła. Ani bąbli Ciemności, które rozrastały się wysoko, bezdźwięcznie.
Kiedy się ocknęła zorientowała się, że uszła spory kawałek. Stała przed wystawą butiku, suknia mieniła się do niej za szybą. Jedna cienka szyba dzieliła ją od utęsknionej rzeczy. Niby tak niewiele.
Do mieszkania wróciła taksówką. Rano czuła się fatalnie. Rafael zapytał co jej jest, ale nie wiedziała co odpowiedzieć.
Nie pamiętała niczego.

* * *

Rafael zauważył, że Ewa się zmieniła.

Przecież takie zjawiska się zauważa, nie trzeba być wnikliwym obserwatorem by zobaczyć zmianę w drugim człowieku, zwłaszcza, że ten drugi człowiek to najbliższa osoba na świecie. Ewa nie zmieniła się z dnia na dzień, ale stopniowo. Rozmawiała z nim niewiele, wciąż była czymś zajęta, poirytowana. Widział, że ciągle o czymś myśli i na pewno myśli te nie krążyły wokół sztuki, ponieważ nawet rzeźbiła mniej niż zazwyczaj. Przestała się uśmiechać, a to było objawem bardzo niepokojącym ponieważ uśmiechała się odkąd ją poznał. Długo głowił się, o co może chodzić. Gdzie podziała się ta niezwykłość, którą dzielili? Zupełnie jakby ktoś wkradł się w ich życie i poprzestawiał kilka elementów, wkradł niepostrzeżenie i zabrał coś malutkiego, lecz strasznie ważnego. Wszystko zaczęło się chwiać i w tym chwianiu nie było sensu. Coś się nie zgadzało, coś przeszkadzało, tylko co? Czyżby się nim znudziła?
Przyczynę Rafael odkrył przypadkowo. Wracał z występu, który dał w kawiarni, minął restaurację, gdzie niedawno spędzili wieczór. Pogoda była fatalna, padał śnieg z deszczem. Śpieszył się, nie miał parasola. Wyszedł na główną ulicę miasta, która pełniła funkcję deptaku i wszyscy po niej deptali w jedną i drugą stronę, bez przerwy, codziennie. Zerknął w stronę nowego butiku, który tak podobał się Ewie. Omal nie wpadł na idącego mężczyznę z naprzeciwka gdy zobaczył kobietę łudząco podobną do Ewy. Osłaniała się od wiatru i mokrego śniegu parasolem. Nie spostrzegła go. Chcąc przyjrzeć się lepiej, ale dyskretnie Rafael skręcił w pobliską bramę. To na pewno była Ewa. Jego Ewa. To ten profil, ten kolor włosów, ten popielaty płaszcz podkreślający talię, to czerń tych spodni i brązowe kozaki na wysokim obcasie, które znał. To ona. Ewa..
Ale co tu robiła? Dlaczego tu przyszła, po co? Może czeka na kogoś, może się z kimś umówiła? Dlaczego tak stała i patrzyła?
Ewa postała jeszcze chwilę i poszła w dół ulicy. Rafael odprowadził ją spojrzeniem, zerknął na wystawę butiku i wtedy go olśniło. Więc to dlatego? Dla tej czarnej szmatki?.. Ale przecież Ewa taka nie jest, nigdy taka nie była. A może każdy ma w sobie coś takiego, taki zakamarek wybrakowany, którego wypełnieniem jest jakaś rzecz materialna i każdy kto natrafi na tą rzecz przypisaną temu zakamarkowi zmienia się i cierpi dopóty dopóki jej nie zdobędzie?
Zatem chodziło o suknię... Rafael obiecał sobie, że kupi ją dla Ewy. Chciał żeby znowu była sobą. Suknia kosztowała tylko równe sześć tysięcy złotych, ale czym są pieniądze wobec ocalenia osoby, którą się kocha? Ty idioto, pomyślał, skąd ty weźmiesz sześć tysięcy złotych?! Przygnieciony tą myślą opuścił schronienie ulicznej bramy. Wiatr i śnieg z deszczem wydały się teraz drobnostką.

*

Powaliło cię! Tyle kasy... – Karol pokręcił głową.
Pożycz mi tylko dwa.
Tylko?!
Chociaż.
Ciężko będzie. Trochę odłożyłem, coś się znajdzie. Ale wiesz ile musiałem oszczędzać żeby odłożyć?
Wiem stary, ale gdybym nie potrzebował to bym cię nie prosił o pomoc.
Hm..
Zwrócę ci przecież – Rafael nalegał.
Wiem, że zwrócisz. Pytanie brzmi, tylko kiedy?
Jak zarobię. Przecież i tak muszę coś znaleźć konkretnego. Coś wymyślę.
Dobra, podrzucę ci kasę pojutrze.
Dzięki.. Naprawdę.

*

Rafael tego dnia chodził po mieście długo. Rozważał różne opcje. Musiałby dać trzydzieści występów gdyby chciał zarobić na prezent dla Ewy w ten sposób. Zatrzymał się przed ogrodzeniem placu budowy i ślizgał się wzrokiem po szkielecie rusztowania i po tym co powoli stawało się nowoczesnym biurowcem. Wysoko na rusztowaniach, nad ulicami i dachami domów krzątali się ludzie.
Sięgnął po telefon komórkowy i wybrał numer.

Mówiłem, że pojutrze. Jeszcze jest dziś – odezwał się Karol w słuchawce.
Już wiem skąd wezmę resztę.
Skąd? Napadłeś jakąś staruszkę?
Daj spokój.. Kojarzysz ten nowy biurowiec w centrum, ten co go dopiero stawiają?
Tam?
Tam.
No to powodzenia. Łatwo nie będzie.
Ale lepsze to niż napadanie na staruszki.
He, he.
To pojutrze?
Pojutrze.
To na razie.
Powodzenia.

Rafael popatrzył jeszcze raz na rusztowania. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że będzie pracował na budowie, to by tego kogoś wyśmiał. To było jedyne miejsce gdzie mógł uczciwie zarobić tyle ile potrzebował w przeciągu dwóch miesięcy. Tylko dwóch miesięcy.
Aż dwóch.

* * *

Lizał jej słodką od miodu stopę

Mów o rzeźbach – wyszeptał.
My nimi jesteśmy.. Ktoś nas wtłoczył w formy i cisnął w bagno świata. Tobie się wydaje, że żyjemy?
O tak.

Ewa zanurzyła w misie z porcelany dłoń. Roztarła miód między udami. Rafael całował jej łydki, muskał ustami kolana.

Głuptasek – stwierdziła.
To my tworzymy siebie.
Wzajemnie – dodała. – Strugamy i lepimy, gładzimy i ugniatamy.

Świeca złociła ich ciała, cienie paliły się na ścianach niecierpliwością.

Nasycamy brzmieniem – dopowiedział.
A gdybym przestała rzeźbić?

Ugryzł ją w udo. Jęknęła.

Jeśli to zrobisz ja nie zbudzę już żadnego dźwięku.

Chwyciła jego głowę i zajrzała w oczy, głęboko.

Tak myślisz?
Tak czuję – odpowiedział. – Muzyka we mnie płynie dla ciebie.
Wyliż mnie całą.

Wstrząsnął nią spazm gdy rozwarł jej uda. Zagłębił twarz w lepkość słodyczy.

Jesteś mój – wyszeptała. Mierzwiła jego włosy.

Zarzuciła mu nogi na plecy, wypchnęła do przodu piersi. Wilgotne od miodu skrzyły się blaskiem.

* * *

Zaczął pracować na budowie

W tym miejscu pojęcie czasu wolnego nie istniało, pracowano tam na trzy zmiany, czyli również w nocy. Przez pierwsze dwa tygodnie ciągnął pierwszą zmianę. Później czas aklimatyzacji minął i musiał dostosować się do grafiku. Wychodził o świcie, wracał różnie. Kiedy przychodziła trzecia zmiana czekał aż Ewa zaśnie, wymykał się w noc jak złodziej. Nie chciał jej mówić, że podjął się tej pracy. Było źle, potem jeszcze gorzej. Czuł się parszywie. Nie miał czasu by grać, nie miał siły myśleć. Kiedy kładł się do łóżka nie miał ochoty patrzeć na Ewę. Winił ją za obolałe ciało, za wypalony umysł. Mimo to, czuł że nie może się poddać. Noce były krótkie, pozbawione snów. Zupełnie czarne.
Któregoś razu, gdy kończył drugą zmianę zaczepił go znajomy.
Aleś uparty gość – rzucił.
O co ci chodzi?
O nico. Pijesz piwko? Mam dwa.
Mogę się napić..
Usiedli na rusztowaniu. Słońce zgasło, ulice przeciwnie.
Po co się tak męczysz? Przecież ta praca nie jest dla ciebie.
Każdy może pracować.
Może – zgodził się znajomy. – Na własną miarę. Ty pracujesz ponad miarę. Po co?
Dla niej.
Docenia to?
Nie rozmawiałem z nią.
Nie rozmawiałeś?
To znaczy.. Ona nie wie, że dla niej. Nie chcę żeby wiedziała.
Szlachetnie..., i cholernie głupio.
Dałbyś mi spokój – Rafael spojrzał na niego z wyrzutem. – Co ty do mnie masz?
Znajomy wzruszył ramionami, pociągnął łyk piwa.
Nic w sumie. Czasem myślę, że dupa jesteś. Taka sierota. Ale teraz nawet mi imponujesz.
Przynajmniej szczerze.
Przynajmniej to sobie weź wolne. I tak już z tysiąc zarobiłeś.
Nie wiem – Rafael pokręcił głową. – Jestem kurewsko zmęczony, ale nie wiem.
Ja wiem – znajomy wyszczerzył zęby. – Robiliśmy ostatnio zakłady z chłopakami, ile dni jeszcze wytrzymasz.
I co?
Stanęło na pięciu.
A ty ile mi dałeś?
Dwa dni i dasz sobie spokój albo sfruniesz z rusztowania.
Dzięki.. – Rafael popatrzył w dół. Pomyślał, że nie chciałby sfrunąć z rusztowania. – Aż tak źle wyglądam?
Kurwa, ty się chyba w lustrze nie widziałeś. Blady jesteś jak trup.
Pomyślę – mruknął.
Ale wolnego nie wziął. Po trzech dniach od rozmowy ze znajomym poszła mu krew z nosa i zemdlał. Gdy go ocucili zjawił się rozwrzeszczany kierownik. Z wrzasków Rafael zrozumiał, że jest głupim fiutem i że kierownik skopałby mu dupę i sam zrzucił z rusztowania. Kierownik kazał mu spieprzać z budowy na przymusową bezpłatną tygodniówkę. A jak mu się nie podoba to może spieprzać w ogóle.
Rafael zdecydował się na tygodniówkę.

* * *

Prawie się nie widywali

Ewa po nocach nie mogła spać, więc spała do późna. Gdy się budziła mieszkanie było puste. Żadnego liściku z wiadomością, nawet jego zapach się ulotnił. Musiał wychodzić o świcie, ale gdzie? Nic jej nie mówił o tym co robi. Już nie mówił. Nie rozumiała jak mogła tego nie zauważyć. Dlaczego tak późno się zorientowała? Rafael wracał wieczorami, witał się z nią i kładł. Potrafił tak leżeć dwie godziny, czasem dłużej. Gdy wracał ona rzeźbiła albo robiła projekty, jakoś nie było czasu na rozmowy. Często też wychodziła na spacery, ale z tych nic nie pamiętała. Łaziła bez celu, zagubiona w myślach. W końcu wyczuła bark ciepła, pustkę której nie wypełniał jego głos i zaczęła tęsknić, zaczęła się martwić. Czy to przez nią? Czy mógł coś przed nią ukrywać?
Obawy nasiliły się kiedy Rafael nie wrócił do domu na noc. To nie możliwe żeby było aż tak źle, mówiła sobie, on nie mógłby mi tego zrobić.. Lecz sytuacja powtórzyła się znowu.
Gdzie byłeś w nocy?.. – zapytała.
Zobaczyła, że się zmieszał.
Myślałem, że śpisz.
Gdzie byłeś?
Nie martw się – popatrzył na nią z bladym uśmiechem. – Wszystko będzie dobrze.
Dlaczego mówił to tak spokojnie? Dlaczego twarz miał siną prawie?
Raff.. Co ty robisz? Co się dzieje?
Nic. Zaufaj mi.
Raff..
Proszę cię, nie męcz mnie Ewa. Nie bój się.
Nic więcej nie powiedział i wcale jej nie uspokoił. Kiedy znowu gdzieś wyszedł, a ona już w pełni świadoma jego nieobecności nie wiedziała co ma zrobić, sięgnęła po telefon komórkowy i wykręciła numer.
Słucham cię – odezwał się głos po drugiej stronie.
Karol, czy on mnie zdradza?
O czym ty mówisz Ewa?
Nie udawaj. Ty coś wiedz. Wiem, że wiesz.
Cisza w słuchawce.
Karol mów!
Nie zdradza cię. Zwariowałaś? Przecież on cię kocha.
To o co chodzi? Ma jakieś kłopoty?
Ewa, on pracuje...
Co?..
Pracuje. Nie mówił ci?
Nic nie mówił. Nie chciał powiedzieć.
Skoro nie chciał to miał powód. A ty się uspokój, dobrze?
Musze kończyć.
Rozłączyła się.

* * *

Łapała się na tym, że nie może myśleć o rzeźbach

Dawniej wyobrażała je sobie, ich wielkość, kształt, fakturę. Myśli jej wypełniała lepka ciężkość. Najgorzej poczuła się gdy pojawiało się to pytanie. Czy to ona jest tak beznadziejna czy ludzie tak nieczuli na piękno?
Była zdolna. W szkole nigdy nie miała problemów. Zarówno nauki ścisłe jak i humanistyczne miała opanowane świetnie. Maturę zdała z wyróżnieniem. Lecz miała jeszcze jedną zdolność, która porywała ją bez reszty. Kochała kształty. Kochała te kształty tworzyć z gliny. To co sobie wyobraziła powoływała z łatwością do postaci namacalnej. Glina była uległa jej palcom jak inna postać jej myśli. Dlatego gdy stanęła przed wyborem studiów: prawo albo sztuka, wybrała sztukę.
Stworzono ją dla sztuki. Wystarczyło, że popatrzyła na rzeźbę i potrafiła wykonać taką samą. Miała wiedzę, znała nurty, które wpływały na twórczość artystów w poszczególnych epokach, ale nie przywiązywała do nich uwagi. Wierzyła, że najwięcej można się nauczyć patrząc w siebie. Ewa chciała tworzyć, chciała być, ale być z godnością. Najwyraźniej chciała za dużo.
Pani rzeźby są piękne – powiedział jej pewien człowiek. – Ale nikt ich nie kupi za sumy, które by panią zadowalały. Ludzie dzisiaj to konsumenci, potrzeba dla nich prostoty, płytkości z pozorami głębi, błyszczącej tandety, którą będą zachwycać się ich płytkie umysły.
Spotkała się potem z Karolem i opowiedziała mu o wszystkim.
Bzdury – stwierdził. – Nie wierz w takie bzdury.
A może ten człowiek ma rację? Może nie ma tu miejsca dla ludzi takich..
Jak my?
Takich właśnie.
Nie wiem Ewo – odparł. – Ale wierzę, że wrażliwość jest kluczem do ludzkiej duszy i jeśli komuś się tej wrażliwości odmawia, to tak jakby czyniło się go kaleką. Rozumiesz?
Rozumiem – przytaknęła.
Trzeba wierzyć i chwytać to co nieuchwytne. Kto lepiej to zrobi jeśli nie ludzie nam podobni?
Nie odpowiedziała.
O czym marzysz Ewa? Opowiedz mi. Jakie jest twoje największe marzenie?
Chciałabym odmienić całe to miasto.. Zemleć je w pył i stworzyć na nowo, ziarnko po ziarnku. Żeby każda kamienica, dom, gmach, blok, żeby każdy budynek w tym mieście promieniował wiktoriańskim gotykiem i antyczną zadumą. Żeby wszędzie były rzeźby i posągi, małe i misterne, wielkie i zamyślone. Dała bym duszę temu miastu i dała bym mu strażników, którzy czuwali by nad miastem i nad jego mieszkańcami. Karol.. to miejsce wyglądałoby tak, jakby za chwile miało wzbić się w powietrze, jakby sięgało ku niebu. Miasto moich rozpalonych myśli...
Chciałbym aby twoje marzenie się spełniło.
Dotknął jej twarzy. Zbliżyła się i zmusiła by zdjął t-shirt. Po jego piersi i brzuchu wił się smok. Karol popatrzył na Ewę, w jej roziskrzone oczy. Przez chwilę się zawahał. Lecz była to chwila krótka i szybko przebrzmiała.
A teraz zdejmij spodnie – powiedział.
Na twarz wystąpiły jej rumieńce. Kiwnęła głową.

*

Leżała na poduszkach plecami do niego, gdy skończyli. Masował jej pośladki.
Lubię jak pieprzysz mnie w dupę – stwierdziła.
Dosadnie to ujęłaś.. Kobieta sztuki.
Pieprzenie też jest sztuka.
Masz piękną pupę.. – przyznał Karol. – Zazdroszczę mu.
Czego? Przecież pieprzysz jego kobietę. Poza tym on nie lubi w ten sposób.
Głupiec. Nie wie co traci – nachylił się, pocałował ją w plecy zroszone kropelkami potu. – Dobrze to ujęłaś Ewa...
Co?
Że pieprzę jego kobietę. Zazdroszczę mu ciebie.
Racja. Możesz ze mną rozmawiać i możesz się ze mną pieprzyć, ale nigdy nie będę twoja.
Dla większości mężczyzn sam akt cielesny jest posiadaniem.
Ale nie dla ciebie – wymruczała.
Niestety.
Nigdy nie będę twoja Karolu – rzuciła mu spojrzenie przez ramię. Uniosła prowokująco pośladki do góry. – Nigdy nie posiądziesz mojej duszy. Jakież to tragiczne..
Jesteś okrutna.
Jestem kobietą.
Włożył jej palca w odbyt. Pisnęła.
Chcesz posłuchać nowej kompozycji Raffa?
Pewnie – skłamał.
To podaj mi moją torebkę, leży na fotelu. Przyniosłam płytę.
Oderwał się od jej pośladków i poszedł do salonu.
I zaparz kawy! – krzyknęła.
Wedle życzenia – usłyszała w odpowiedzi.

* * *

Ewa usłyszała jak Rafael gra

Słyszała jego grę wielokrotnie i zawsze zastanawiało ją i wprawiało w podziw to drżące oczekiwanie jakie potrafił wpleść w dźwięki. Ale nie tym razem.
Dźwięki były prawie nieudolne i płytkie. Kiedy zgasły ciszą, zajrzała do salony. Rafael siedział na pufie, wpatrywał się w dłonie.
Nie mogę grać – spojrzał na nią. Twarz miał bladą.
Przecież słyszałam, że możesz.
Nie mogę... Czuję się taki słaby Ewa. Ta praca...
Nie idź tam więcej. Nie musisz. Przecież mamy pieniądze.
Jeszcze tydzień..
Proszę cię – podeszła i uklękła przy nim. – Potrzebujesz odpoczynku, a nie pracy na jakiejś budowie. To nie dla ciebie.
A co? Uważasz, że jestem –
Przestań! Ja potrzebuję ciebie.
Mnie? Mnie.. – pokręcił głową. – Mnie już nie ma Ewa.
Przestań Rafael, słyszysz?
Nie odpowiedział. Przytuliła go gdy zaczął płakać.

* * *

Ewa widziała Karola

Stał na strzaskanej ścianie bloku, pośród ruin. Trzymał ręce w kieszeniach i gwizdał. Melodia zupełnie nie pasowała do otoczenia, błaha jak słoneczny poranek. Karol lekko zadzierał głowę. Spoglądał na szarawe pasemka, które cięły przestrzeń ponad ruinami we wszystkich kierunkach. Było ich dużo. Tak dużo. Wszędzie szarawe niteczki.
Ewa widziała ludzi. W tej szaroświetlnej zawiesinie dryfowały dziesiątki ciał. Setki. Tysiące. Jak w chmurach utkanych z pajęczyny. Jak w próżni. Tysiące ludzkich ciał zastygłych nad pozostałością miasta.
Wszyscy jesteśmy snem Ciemności – powiedział Karol.

*

Ewa otworzyła oczy. Przez mrok dojrzała Rafaela. Nachylił się nad nią.
Kochanie – szepnął – co ci jest? Krzyczałaś..
Nie odpowiedziała. Poczuła mokrą pościel, swoje mokre ciało.
Ewa, co ci? – Rafael dotknął jej twarzy. – Ty płaczesz?
Miałam.. sen. Zły sen.
O czym?
Nie pamiętam – skłamała. – Coś mnie wystraszyło. Nie wiem.
Nie bój się. Nic ci już nie grozi. Jestem tu.
Ostatnio śnią mi się straszne rzeczy.
Nie myśl o tym Ewa. To tylko sny.
...
No już.., wytrzyj nosek – podał jej chusteczkę.
Wytarła.
Pomyśl sobie o czymś przyjemnym.
Nie mogę..
Możesz kochanie. Pomyśl, że pójdziemy do teatru.
A pójdziemy? – ożywiła się. – Obiecujesz?
Tak, pójdziemy. Pewnie sztuka będzie nudna, bo teraz już nie ma ciekawych sztuk, ale pójdziemy chociaż będziemy wiedzieć, że idziemy na nudną sztukę.
I będziemy cały czas tulić się do siebie?
Cały czas. Będę trzymał twoją dłoń i wcale nie będę patrzył na aktorów.
A gdzie?
Na ciebie.
Dużo nie zobaczysz. Tam będzie ciemno.
Będę patrzył na ciebie i malował cię półmrokiem sali.
A ja oprę głowę o twoje ramie i pozwolę ci się głaskać. Będzie mi tak dobrze.. Ale sztuka dobiegnie końca i trzeba będzie stamtąd wyjść.
Uśmiechnął się do niej przez cienie nocy.
To wyjdziemy. Ulica będzie chłodna i jasna od latarni.
I będziemy szli tak powolutku jakby czas w ogóle nie istniał?
Tak – pocałował ją w wilgotne czoło. Otarł twarz z łez. – Dobrze ci idzie. Mów, mów.
Będziemy przystawać przy wystawach sklepów i udawać, że możemy mieć wszystko – powiedziała. – A jak zgłodniejemy?
Pójdziemy do chińskiej restauracji. Środkiem ulicy, przytuleni do siebie. Bo będzie chłodno i będziemy musieli się ogrzewać. W środku wciśniemy się w jakiś kącik. Będą palić się świece w lampionach.
A nie mogą tak normalnie?
Mogą, ale to nie to samo. Świeca zamknięta w lampionie daje inny blask. Taki miodowy.
To będzie tam dużo lampionów?
Po barwie jej głosu poznał, jak robi się spokojna, jak oddala się od złego snu.
Całe mnóstwo – odpowiedział.
To fajnie. Będzie miodowo.
Miodowo i złotawo, będzie pachniało herbatą i przyprawami o jakich nam się nie śniło. Zamówimy coś pysznego. Dwa wielkie półmiski.
Dużo zapłacimy...
Nie, nie. To jest taka specjalna restauracja.
Jaka?
Taka wyjątkowa gdzie co noc przychodzą posilić się bogowie.
Nie zrobią nam krzywdy?
Nie zrobią.
A dużo ich tam jest?
Dziewięć milionów bogów.
Aż tyle?, to ona jest strasznie ogromna..
Dla nas będzie mała i przytulna. Tak specjalnie dla nas.
Już nie mogę się doczekać – powiedziała.
Wtuliła się w niego już cicha. Wypełniona wyobraźnią. Rafael patrzył w mrok, gładził ją po włosach. Pomyślał, że za dwie godziny będzie musiał wstać do pracy. Pomyślał, że mógłby to być zły sen.

* * *

Dryfowała w bezdechu

Rozrywała sobie piersi, rozdrapywała krtań, ale to ją tylko gniotło, wyciskało z niej resztki. Dziury po resztkach wypełniała ropa gniewu. Te upokorzenia, które ją spotkały, to oddawanie siebie, konieczność zdradzenia siebie, zapominanie i plugawienie własnego wnętrza. Łzy spływały jej na ubrudzone gliną ręce. Po co jej talent skoro nikt go nie ceni. Po co świadomość znaczenia kształtu skoro nie jest uproszczeniem, a ciężarem tylko. Jak żyć w świecie, który za nic ma wrażliwość, w którym sztuka jest pustym słowem, prześmiewczym bełkotem, gdzie jednostkę twórczą traktuje się jak gówno leżące na chodniku. Dlaczego wepchnięto ją w ten świat ślepą. Bo to ona jest ślepa, a nie świat. Może to jej potrzeba przestawienia, otwarcia, poznania.
Ewa nie jadła od dwóch dni. Rafael wracał gdy już spała. Nie wiedział, co się z nią dzieje.
Zakręciło się jej w głowie, złapała się rzeźby wbijając paznokcie w glinę. Na wargach poczuła chłód. Przez łzy zobaczyła krople krwi na posadzce. Krew mieszała się z glina. Dlaczego nic nie mogło być proste. Dlaczego nic nigdy nie jest proste. Dlaczego trzeba tak męczyć się żyjąc i słuchać wciąż, że to normalne, że to życie takie jest i wmawiać sobie trzeba, że jest dobrze. Dlaczego trzeba się płaszczyć przed głupcami by dopiąć swego i trzeba oddać się głupcom na rozszarpanie by się nasycili, by łamali układając na nowo, by mogli zachwycać się kurzem własnej mądrości. Dlaczego. Dlaczego? Dlaczego?!
Nie chcę tu być! Rozumiesz?! – Ewa krzyczała. – Nie chcę! Nie chcę!
Zaczęła okładać rzeźbę pięściami – i tak nie wyszła. Krzyczała i biła, gniotła gniewem, a rzeźba uginała się pod ciosami. Nagle krzyknęła inaczej i chwyciła się za głowę. Jej skronie przeszył ból. Eksplozja bólu.
Zwymiotowała całą potwornością jaką dusiła w sobie. Dziurawiła i rwała rzeźbę szpetotą i cierpieniem. Krew mieszała się z gliną. Łzy mieszały się z gliną. Rzeźba rosła chłonąc gniew. Ewa malała, cichła, krztusiła się rezygnacją, zmęczeniem.
Nie wiedziała czy zdarzyło się to naprawdę. Gdy się przebudziła leżała w łóżku zakopana w pościeli. Nie pamiętała jak się tu znalazła. Nie przypomniała sobie, zapadła w sen.
Krew mieszała się z gliną.

* * *

Wrócił półprzytomny w środku nocy

Rozebrał się do naga jeszcze w holu. Poruszał się cicho, żeby nie zbudzić Ewy. Zajrzał tylko na chwilę do sypialni. Przez ciemność poczuł sen Ewy. Niech jej sny będą słodkie, pomyślał. Zapalił światło w łazience, odkręcił ciepłą wodę i wszedł pod prysznic. Mył się bardzo długo. Jeszcze tylko trzy dni, myślał, trzy dni i Ewa znowu się uśmiechnie. Woda rozluźniła jego ciało, rozgrzewała obolałe mięśnie. Wraz z brudem spływało zmęczenie. Zamknął oczy i wyobrażał sobie, że stoi w ciepłym deszczu na ulicy rozmytej jasnością. Jasność wypełniała każdą kroplę i poczęła wypełniać również jego, aż on sam rozpłynął się w szumie wody. Zachwiał się i pojął że morzy go sen.
W salonie zapalił lampkę. Nie potrafił samotnie przebywać w pomieszczeniu, w którym coś nie dawało choćby nikłego światła. Nie znosił mroku. Przysiadł na pufie z ręcznikiem na głowie. Dreszcz przemknął mu po plecach. Może z zimna, może dlatego, że cienie jakoś zgęstniały. Kiedy skończył wycierać włosy spojrzenie samo powędrowało ku uchylonym drzwiom do pracowni Ewy.
Rafael nie mógł stwierdzić czy dał się zwieść wyobraźni czy zmęczeniu, ale im dłużej patrzył w te uchylone drzwi miał wrażenie, że mrok wylewa się stamtąd do salonu. Jak gdyby powoli wypełniał salon i pochłaniał światło lampki. Coś majaczyło w ciemności, kształt od niej czarniejszy i złowrogi. Wyschło mu w ustach. To idiotyczne, pomyślał. Odrzucił ręcznik, zajrzał do środka. Sięgnął by zapalić światło.
Zmartwiał.
W pracowni stało.. to. Wyższe od niego o głowę. O twarzy pozbawionej ust i nosa. Tylko oczy bez źrenic. Większość rzeźb ma oczy bez źrenic, oczy ślepe. Rafael nie znosił oczu rzeźb, niby martwych, a zapatrzonych w jakiś straszny wymiar.
To stało przed nim przekrzywione w lewo i odchylone do tyłu. Od prawego barku aż do pasa rozerwane ukośnym pęknięciem, z którego wylewała się bulwiasta narośl. Kiedy Ewa wyrzeźbiła to cholerstwo?! Dzieła Ewy zawsze były piękne, tymczasem to kipiało ohydą, bólem, złem. Zwłaszcza złem. Wręcz dosłownie się od nadmiaru zła rozłaziło. Skąd to się tu wzięło? Czy Ewa naprawdę mogła takie coś?.. Po co?
Narośl kotłowała się od macek, od włókien, od bruzd, od cienia. Rafael zbliżył się, nogi jego zrobiły się tak ciężkie, że kilka kroków kosztowało go wiele wysiłku. Narośl majaczyła zarysami twarzy. Wielu twarzy. Głów i główek. Zgniecionych deformacją. To jakieś szaleństwo. Wyciągnął rękę i dotknął powierzchni rzeźby. Lodowata i mokra. Przeszył go dreszcz. Rzeźba drgnęła.
Nim zdołał pojąć co się dzieje, łapsko rzeźby chwyciło go za gardło, dźwignęło w górę. Rzeźba próbowała wyprostować się z jakimś skwierczeniem. Rafael zacharczał.
Pośliznął się, upadł. Zamachał w panice rękami i nogami. Dopiero szum wody uzmysłowił mu, że usnął pod prysznicem. Wytarł się szybko i sapiąc wpadł do salonu. Zapalił światło. Uchylone drzwi od pracowni. Podszedł, popchnął je, sięgnął do włącznika. W świetle pracownia stała pusta.
Sen – szepnął. – Idiotyczny sen. Ewa by nigdy..
Pomyślał o Ewie pogrążonej we śnie. Zgasił światło. Nie obejrzał się. Ewa spała mocno. Przytulił się do niej i zasnął.
Rzeźba próbowała stanąć prosto.

* * *

To już koniec, pomyślała Ewa

Obiecała sobie, że się nie podda, że coś zmieni w swoim życiu, że sobą zmieni życie. Chciała powiedzieć o tym Rafaelowi. Chciała rzucić się mu w ramiona, powiedzieć to i wiele, wiele więcej. Zerknęła na zegarek. Raff powinien niebawem wrócić. Ciekawe dlaczego był taki zadowolony gdy rozmawiali przez telefon.
Rafael wracał. Autobus opuszczał właśnie zatłoczone centrum. Rafael uśmiechał się pomimo dwuznacznych spojrzeń ludzi. To przecież nie na miejscu uśmiechać się gdy wszyscy są smutni. Co zrobi Ewa kiedy zobaczy?, powtarzał w myślach. Przyciskał do siebie elegancką torbę. Zaglądał co rusz do środka. Nie wierzył, choć widział. W torbie była suknia. W torbie był uśmiech Ewy. Jeszcze kwadrans i pójdą w zapomnienie wyblakłe dni, wyblakną noce pozbawione jej ciepła. Znów zajrzał. Suknia mieniła się uśmiechem Ewy.
Ewa zaparzyła kawy, poszła do salonu. Deszcz stukał w parapet. Chciała posłuchać muzyki. Muzyka ukoi zmęczenie, pomyślała. Popatrzyła przez okno na miasto w deszczu.
Karol szedł prawie pustą ulicą i gwizdał. Przeskakiwał nad brudnymi strumyczkami. Przejeżdżający autobus ochlapał go wodą. Karol pomyślał, że kierowca jest skurwysynem. Co innego zmoknąć, a co innego zostać ochlapanym. Jeśli ktoś idzie bez parasola, to nie znaczy, że wszystko mu jedno. Dlaczego ludzie nie rozumieją takich prostych rzeczy?
Autobus przejechał przez kolejne skrzyżowanie. Rafael czuł jak wali mu serce. Już za chwilę będzie w domu. Jeszcze dwa przystanki. Co zrobi Ewa kiedy zobaczy?, powtórzył.
Ukłucie bólu w skroniach wytrąciło Ewie kubek z dłoni. Roztrzaskał się o posadzkę. Kawa rozlała się gorącą kałużą. Ewa chwyciła się za głowę. Ból minął nagle, zupełnie tak jak się pojawił. Jestem przemęczona, pomyślała.
Przykucnęła żeby posprzątać. Sięgnęła po najbliższy kawałek, lecz nie podniosła go. Palce przeszły przez pustkę. Poderwała się i cofnęła wpatrzona w ostre grudy stłuczonego kubka. Poczuła, że drżą jej dłonie. Spojrzeniem odnalazła telefon na blacie stołu. Raff!, krzyknęły myśli. Podbiegła i sięgnęła.
Telefon i stół były utkane z powietrza. Ręka Ewy przeszła na wylot.
Co się dzieje? – powiedziała bezgłośnie.
Sięgnęła jeszcze raz, ostrożnie. Telefon zadrgał pod dotykiem. Chwyciła go. Chciała wybrać numer, ale telefon zaczął tonąć w jej dłoni. Przenikał przez dłoń. Może zemdlała? Może śni kolejny koszmar? Musiała znaleźć jakieś wyjaśnienie. Telefon upadł na posadzkę.
Ewa spojrzała na swoje ręce z bliska. Mogła przez nie patrzeć na salon, jak przez szklankę wody.
Co się ze mną dzieje?! – krzyknęła.
Potem nie mogła już krzyczeć.
Ciemność zatrzęsła się od potężnego grzmotu. Pękła jedna z jej misternych niteczek. Ciemność trzeszczała i huczała. Nikt tego nie słyszał.
Rafael wysiadł na przystanku. Uszedł kawałek ulicą, zatrzymał się. Torba wypadła mu na chodnik. Rafael popatrzył na nią, jego oczy zmatowiały. Rozejrzał się. Gdzie był? Po co tu był? Co to za miejsce? Deszcz bębnił w torbę. Rafael mókł w deszczu.
Nic poza tym.
Karol oparł się o ścianę mokrej kamienicy. Z kieszeni kurtki wyjął telefon. W głowie przewalały się tony gwoździ. Ledwo trzymał się na nogach.
Odbierz – prosił. – Odbierz..
Odpowiadał mu sygnał w słuchawce. Jego ramie opadło. Myśli rozsypały się jak szyba, w którą ktoś cisnął kamieniem. Co on robił, tu, w tym deszczu? Sygnał w słuchawce.
Ewa nie odbierała. W pustym salonie na posadzce stygła kałuża kawy. Obok telefon.

Dzwonił, dzwonił, dzwonił...

Tekst: Krystian Dulnik

Krystian Dulnik - absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Niezwykle utalentowany i ambitny 25-latek debiutuje na naszym portalu.
Zobacz również
Zaloguj się, aby komentować

UEsporrwdkLicznik odwiedzin: 6485643
Projekt Modernizacja WDK w celu dostosowania do pełnienia funkcji nowoczesnego centrum
kultury nr Z/2.26/I/1.4/485/05, współfinansowany z Unii Europejskiej ze środków Europejskiego
Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego